Zima. Mróz. Słońce ukazało się na chwilę, i przez parę minut śnieg na Cmentarzu Łyczakowskim iskrzył się tak, jakby jego zmarli chcieli opowiedzieć o wieczności. Jednak mocny tamtego dnia wiatr popędził ciemne chmury i wkrótce niebo poszarzało, a właściwie po prostu stało się szare, a blask śnieżnych czap zgasł nagle jak urwany sygnał. Razem z niebem pociemniało wszystko wokół – drzewa, nagrobki, wielki marmurowy Chrystus uginający się pod krzyżem. Nieskończoność wydała mi się straszna. Wbiłem wzrok w ziemię, byle tylko nie patrzeć na tę bezkresną szarość, która pożarła słońce, rzucając wielki cień na cmentarz, na Łyczaków, na cały Lwów. Gapiłem się tak ze zwieszoną głową dłuższą chwilę, nie wiedzieć po co i na co. Zły byłem na niebo, że zabrało światu tyle czaru tak nagle. Po jakimś czasie nieśmiało zacząłem spoglądać trochę wyżej, na nagrobki, i niemal od razu natrafiłem na napis, wykonany ręką jakiegoś przedwojennego kamieniarza – „Żyła lat dwadzieścia, prosi o modlitwę”. W miejscu, gdzie powinienem ujrzeć portret młodej dziewczyny, były szczątki stłuczonego szkła. Spojrzałem przed siebie i przebiegł mnie zimny dreszcz. Poczułem, jakby temperatura spadła o kolejne dziesięć stopni – przede mną rozrastały się całe rzędy podobnych. Wtedy cisza przemówiła: Wynoście się, zmarli, z tego miasta. To już nie jest wasz dom. Zabiliśmy was raz, zabijemy was ponownie, skoro nie chcecie w to uwierzyć i ciągle przechadzacie się Łyczakowską, karmicie gołębie w Stryjskim Parku i nie rozumiecie, że wasze Wały Hetmańskie nazywają się teraz Prospektem Swobody. Jeśli mamy walczyć ze zmarłymi, będziemy walczyć do ostatniego grobu. Dopóki nie odejdziecie z Ukrainy.

– A to są jeszcze jacyś Polacy we Lwowie? – spytał mnie Mareczek, kiedy zamówiliśmy już piwo i zajęliśmy wygodne miejsce w rogu palarni. Widać było wyraźnie, że zadaje to pytanie nie dlatego, że rzeczywiście jest ciekawy, czy jeszcze jakiś rodak pozostał w tym całym Lwowie, ale zwyczajnie z grzeczności wobec kolegi, z którym nie widział się parę tygodni. Prawdę mówiąc, zupełnie go to nie obchodziło. Nie odzywałem się. Wiedziałem, że Marek nie znosi ciszy, więc prędzej czy później odezwie się sam. Siedzieliśmy sami w ciemnym, ciasnym pomieszczeniu dla palaczy na wysokich krzesełkach, a zza jedynego, zaśnieżonego okna ledwo przebijało się słońce. Trwaliśmy tak przez jakiś czas w ogólnym milczeniu, a mnie przypomniał się pewien mroźny, lwowski wieczór i podobne milczenie z moim ukraińskim przyjacielem Mykołą, który po namyśle postanowił, że kupi mi herbatę. Ot, tak, po przyjacielsku.

Z Mykołą nie poruszaliśmy tematów wiadomych, które dla nas obu były ważne. Rozmawialiśmy o kobietach, alkoholu i śmiesznostkach językowych. O Lwowie mówiliśmy rzadziej i bardzo ogólnie. Często myślałem, że Mykoła przecież mnie zna i musi wiedzieć, co myślę, że te myśli mogą go urażać. Ale ja nie potrafiłem inaczej, nie potrafię – w każdym zakamarku tego miasta zawsze czułem Polskę.

– Ty, co ci tak zależy, co? – wypalił w końcu Mareczek – Jesteś Olsztynianinem, stary. Urodziłeś się w tym mieście i ono jest twoje, czy chcesz czy nie. Moją rodzinę też przesiedlili, dokładnie to nie wiem skąd, ale jakie to ma znaczenie? Trzeba tu i teraz – trącił mój kufel swoim i pociągnął spory łyk ciemnego piwa. Długim westchnieniem dał znać, że smaczne. Uśmiechnął się zadowolony ze swojej mądrości przewodniej. Trzeba tu i teraz, no bo kiedy?

Wściekłość mieszała mi się ze smutkiem, gdy przemierzałem zaśnieżone ścieżki Cmentarza Łyczakowskiego, mijając kolejne twarze ze śladami uderzeń młotka. To przecież psy by tak mogły, przez przypadek, bo takie są nierozumne, a nie ludzie. Gdybym tylko spotkał takiego człowieka, i gdyby odważył się stanąć naprzeciw grobu tej biednej dziewczyny i bez wstydu powiedzieć „jestem człowiek”, gdyby przy tym nie mrugnął ani się nie zająknął, byłbym wtedy pewien jak nigdy w życiu, że oto stoi przede mną człowiek zły.

Idąc alejką w górę, doszedłem na kopiec Powstania Styczniowego. I nie zmroziło mnie. Nie zamurowało. Ogarnęła mnie czysta, pierwotna złość, jakby coś podpaliło mnie od środka. Oto i oni. Dwóch mężczyzn w ortalionowych dresach zrywało biało-czerwone wstążeczki z ogrodzenia wokół pomnika. Nogi same poniosły mnie w ich stronę, a pierwotna złość już czaiła się w gardle i zaciśniętych pięściach, gotowa, by wybuchnąć.

Pociągnąłem łyk piwa. Spojrzałem na Mareczka, który szczerzył się głupio sam do siebie. W tej sytuacji nie było sensu nic mówić ani tłumaczyć. I tak byś tego nie zrozumiał. Jesteśmy z dwóch innych światów i moje sentymenty nie mają dla ciebie znaczenia. Nie masz o nich pojęcia, dlatego tak chciałbym, byś pamiętał, że mówiąc cokolwiek o moim świecie, to jakbyś mieszkał na księżycu, a chciał głosić mądrości na temat życia tutaj.

Zatrzymałem się. A właściwie zatrzymały mnie słowa, które usłyszałem, język, który znałem z przedwojennych filmów ze Szczepciem i Tońciem. Kątem oka udało mi się zauważyć, jak spękane, drżące od mrozu dłonie, te same które przed chwilą zrywały biało-czerwone wstążki, przywiązują do prętów ogrodzenia nowe, czystsze. Podszedłem, zaczęliśmy rozmawiać. Na przemarzniętej, wymęczonej życiem twarzy niższego z nich rozjaśniał szczery uśmiech, gdy tylko usłyszał polski język.

– Ta joj, ta ja nie wiem, po co taka ślepa nienawiść. Zniszczyłeś swojego wroga, dobrze, po co mu jeszcze grób niszczyć? – odpowiedział na moje bolączki. Zupełnie nie spodziewałem się tego uderzenia wstydu, jakie dotknęło mnie na te słowa, tak przepełnione spokojem i pokorą. Zrobiło mi się zwyczajnie głupio przez to, na ile gniewu i wzburzenia pozwoliłem sobie przed momentem. Spojrzałem na nich raz jeszcze – tacy ludzie mogliby stanąć twarzą w twarz ze światem w swoich przykrótkich kurteczkach, położyć trzęsącą się z zimna dłoń na piersi i z dumą powiedzieć – „jestem człowiek”.

Tak. Ta historia przytrafiła mi się naprawdę. Imiona jej bohaterów zostały zmienione. Tak, we Lwowie są Polacy, którzy potrzebują pomocy. Ci ludzie cierpią skrajną nędzę, dodatkowo życia nie ułatwia im rząd ukraiński, blokując inicjatywy pozwalające na rozwój polskiej kultury oraz promując kult nacjonalistycznej organizacji, odpowiedzialnej za ich rodzinne i osobiste krzywdy, a cieszącej się wśród świadomej części społeczeństwa ukraińskiego zaledwie marginalnym poparciem.

Zadzwonił do mnie Mykoła. Spotkaliśmy się w barze nieopodal dworca. Rozmawialiśmy, starym zwyczajem, o rzeczach przyziemnych, jednak w myślach wciąż miałem tamtych dwóch mężczyzn i nędzę, na jaką zostali skazani przez los. A może przez coś jeszcze? Po chwili Mykoła zniknął gdzieś na chwilę, a ja spostrzegłem, że oto znów staję w obliczu tej samej ciszy, która znalazła mnie nad grobem tamtej młodej dziewczyny. Ogarnęło mnie przerażenie, że po raz kolejny owa cisza się odezwie. Znów zacznie powtarzać jak mantrę: „to nie jest wasze”, „to nie jest twoje”.

Wrócił Mykoła, który po polsku mówił dość biegle.

– Trzymaj, kupił ci herbaty.

I cisza się skończyła.

Jeżeli chcesz pomóc rodakom we Lwowie, skorzystaj z poniższych linków:

Mateusz Parkasiewicz

Źródło: https://commons.m.wikimedia.org/wiki/File:Cmentarz_%C5%81yczakowski_we_Lwowie_-_Lychakiv_Cemetery_in_Lviv_-_Tomb_of_Jozefa_Markowska_-_panoramio.jpg

 

Tagged with:
 
Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.