|
Sara Rajmund - trudno powiedzieć coś w kilku zdaniach o sobie, zwłaszcza jeśli nie lubi się tego robić. Formalnie - studentka MISHu (skrót do rozszyfrowania dla zainteresowanych :>), absolwentka socjologii i filozofii. Nieformalnie - amatorka wolontariatu, muzyki klasycznej i odkrywania Prawdy przez duże "P". Zawsze chętnie poznam ludzi, którzy pomogą mi zwalczać moje zaściankowe poglądy.
Fragment książki "Lustrzany uśmiech M"
Powinnam była wiedzieć dużo wcześniej. Rozpoznać symptomy ich choroby i jakoś je zatamować. Ale nie. Wolałam stanowić kolejną jednostkę, która tak bardzo nie lubi zmieniać swojej wygodnej pozycji, że ociąga się leniwie z działaniem tak długo, jak tylko jest to możliwe.
Właściwie fakt, że jesteście razem, gdzieś tam w podświadomości był mi znany już od dawna: perfumy Anny na koszulce Antka, jego perforowana – czyli dwubiegunowo porozdzielana – uprzedzająca grzeczność w stosunku do mnie i Anny, wreszcie jeszcze tak zupełnie niedawne zaczepki mojej przyjaciółki w stosunku do mojego chłopaka.
Jednak tego zwalającego z nóg olśnienia, które pozwala łączyć ze sobą wiele punktów z przeszłości w jeden, nagle oślepiający człowieka, błysk, doznałam dopiero tamtego dnia, kiedy to wróciłam z pracy i zastałam czyjeś walizki na podłodze salonu. „Ta granatowa na pewno należy do Anny” – pomyślałam, a potem odebrało mi mowę.
Ty sama zeszłaś na dół kilka minut później; miałaś jakby niepewny, trochę przestraszony uśmiech na twarzy, ale w istocie wątpię, abyś tak naprawdę obawiała się mojej reakcji na to wszystko. „Historia przebiega tak, jak miała od dawna wyglądać” – stwierdziłam wtedy w duchu. – „To ona na niego zasłużyła, a nie ja, to ona ma długie miodowe włosy i umie odginać elegancko mały palec, kiedy pije…”.
– Pewnie myślisz teraz o mnie, o nas, ogólnie o tej sytuacji – stwierdziłaś poważnie, a ja przez ułamek sekundy pomyślałam, że się ze mnie nabijasz.
Dopiero wtedy poczułam w całej krasie dotychczas skutecznie powstrzymywane rozgoryczenie. Czy jest bowiem możliwe, abyś po tym horrendalnym, wstrząsającym czymś, co zaszło, komunikowała mi tak po prostu, beznamiętnie ten fakt i bezsprzecznie nasuwający się wniosek, że pewnie teraz o tym myślę?
– Niemożliwe jest, abyś wierzyła w to, co mówisz! – zaprotestowałam łzawo, czując się jak jedna z bohaterek mydlanej opery.
„Nie mogłaś tak szybko przejść gruntownej metamorfozy” – myślałam gorączkowo. – „Stać się jedną z tych brutalnych, zawistnych panienek, jakie bezczelnie podrywają koleżankom faceta. Musiał być jakiś powód, dla którego to zrobiłaś. Coś głębszego, niedostrzegalnego dla kogoś, kto właśnie się o tym dowiedział”.
– Gniewasz się na mnie? – spytałaś niewinnie.
Na twojej twarzy przeplatało się kilka nastrojów. Niepewność, strach i… przebiegłość niecnego bazyliszka. I to właśnie najbardziej mnie zirytowało – to, że tak szybko uległaś dzisiejszym makiawelicznym zwyczajom współczesności. Zawsze byłaś bardzo naturalna – skąd teraz u ciebie ten nieprzyjemny wyraz twarzy?
– Kto ci to zrobił? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
– Jak to kto? – zdziwiłaś się, unosząc starannie wydepilowane brwi. – Antek, rzecz jasna.
– Nie o to pytam, Anno – oznajmiłam poważnie. – Kto sprawił, że zachowujesz się tak… tak sztucznie… – dodałam, nie znajdując dla jej zachowania lepszego słowa. – Tak jak nigdy jeszcze się nie zachowywałaś. Zawsze mówiłaś to, co leży ci na żołądku, nawet jeżeli były to gorzkie słowa. Nikt nie mógł mieć o to do ciebie pretensji, po prostu wyrażałaś sama siebie. Ale teraz… kiedy patrzysz na mnie w ten sposób, nie mogę uwierzyć, że ty to ty… Jesteś jakby obcą osobą… Jest między nami nieznana dotychczas przegroda, ale wystarczy, że wyciągniesz rękę i powiesz: „To ja, Anna, nic się we mnie nie zmieniło…”.
– Niestety, nie mogę tego zrobić – stwierdziłaś ze smutnym (choć dobrze wiem, że sfałszowanym) uśmiechem. – Zmieniło się we mnie, i to dużo.
Nigdy tak dotkliwie jak wtedy nie zdałam sobie sprawy, że twoja twarz ma w sobie coś z pyszczka młodej łasiczki – jeszcze niedorosłej, mrugającej bojaźliwie ślepiami na swoje otoczenie, ale już na tyle hardej, aby podejrzewać, że kiedyś zdobędzie tu władzę. Patrząc w tak znajome szare oczy w kształcie migdałów, pomyślałam, że twoje przeczucie, iż wszyscy mężczyźni padną ci kiedyś przed kolana, spowodowało właśnie takie ich zachowanie.
Obserwowałam twoje nadmiernie ruchliwe usta, co chwilę układające się w nieprzystojny dzióbek (w każdej chwili dnia i nocy gotowy do pocałunku). Nie mogłam się też napatrzeć na te trzepoczące, jakby zbudowane z czarnego drutu rzęsy. Pomyślałam, że zachowujesz się niczym porcelanowa lalka, która tak bardzo chciała przystąpić do wędrownego cyrku, że zaryzykowała rozbicie nietykalnej materii, z jakiej została przez kogoś misternie zbudowana.
– Rozumiesz, ja wszystko naprawdę wiem – wyjaśniałam. – To, że Antek jest taki i taki, i nie chodzi mi absolutnie o to, że go sobie wzięłaś, należy ci się przecież, jesteś taka… – podjęłam, ale w końcu nie dokończyłam. – No, sama wiesz, jaka jesteś i dlaczego on ci się… należy… – przełknęłam niepewnie ślinę.
Tak właściwie nigdy nie chciałam cię specjalnie adorować, ozdabiać tysiącem niepotrzebnych słów, ale to zawsze samo wychodziło. Wiedziałam, że oczekujesz ode mnie pochwał, wręcz z niecierpliwością ryjesz w moich wypowiedziach i próbujesz swoim zgrabnym noskiem wywęszyć je, choćby z samego spodu. A co robi człowiek, który wie, jakich fraz dialogowych się od niego oczekuje? Zazwyczaj po prostu - wypowiada je.
– Bardziej chodzi mi jednak o to, jak mnie w tej chwili traktujesz. To właśnie mi zawadza najbardziej, nie Antek.
– Mi! – zawołałaś nieswoim dyszkantem. – Proszę, przestań mówić, że Antek mi się należy, bo dobrze wiesz, że to nieprawda… Nie możesz tak mówić. Powinnaś w tej chwili natychmiast przestać i zrobić mi tu i teraz, tak, właśnie tu i teraz, prawdziwą karczemną awanturę… Przecież dobrze wiesz, CO właśnie ci zrobiłam… Proszę… Pokrzycz na mnie trochę…
– Nie, Anno. Nie chodzi o Antka. Widzisz, to właśnie mnie w tej chwili tak bardzo boli – to, że się rozmijamy i nie możemy porozumieć.
Przez moment w moim mózgu umyśliłaś mi się jako mała, niewinna dziewczynka. Miałaś w ręku jakiś chwast i kilka szczerb w zębach. Uśmiechnęłam się do ciebie, ale ty popatrzyłaś na mnie bystro – zadziwiająco przenikliwie jak na dziecko – i szepnęłaś gardłowym, wręcz przerażającym głosem: „ZNAJDŹ SOBIE KOGOŚ INNEGO DO UWIELBIANIA…”
Radosław Szczygieł
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Zobacz także na portalu Kontra:
|