| Przerost formy nad treścią |
| Wpisany przez Piotr Byczko | |||
| wtorek, 06 grudnia 2011 21:05 | |||
|
Z dość banalnej refleksji, która naszła mnie po otrzymaniu 200 złotowego mandatu za przejście ulicy na czerwonym świetle, wykluła się nieco ciekawsza, dotycząca radzenia sobie naszej władzy z problemami, które ją spotykają.
Co sobie pomyślałem, otrzymując mandat, pewnie każdy się domyśla, a treść tych zwymyślań raczej nie nadaje się do zacytowania. Muszę jednak zastrzec, że mimo nieco pesymistycznego usposobienia, samobójcą nie jestem, i naprawdę przeszedłem ulicę po której nic nie jechało. Prawo jest prawem, dostałem więc mandat, niby wszystko jest w porządku. Biorąc pod uwagę ilość wypadków w naszym kraju, dość surowe restrykcje wydają się słuszne. Państwo, surowo karząc, nakłania nas do dbania o własne bezpieczeństwo. Zastanawiające jest to, że podobnych kar nie ma w Wielkiej Brytanii – przechodzący na czerwonym świetle ryzykuje co najwyżej śmierć pod kołami. Mimo to, ofiar wśród pieszych jest mniej.
Istnieje takie porzekadło, uznawane zwykle za wykręt bałaganiarzy, że porządek jest dla przeciętniaków, ponieważ geniusz panuje nad chaosem. Niektórzy posuwają się nawet do twierdzenia, że prawo jest dla przeciętnych, bo jednostki wybitne stają ponad nim. Są to tezy dość ryzykowne, nie da się jednak zaprzeczyć, że tkwi w nich ziarno prawdy. Jeśli bowiem intensywne i często bolesne reformy to objaw „gorączki” chorego organizmu, która go uzdrowi lub zabije; to biegunka ustawowo-biurokratyczna jest innym objawem choroby, który ma tę chorobę zatuszować. Jest makijażem na śmiertelnie zmęczonej twarzy pacjenta. Makijaż jeszcze nigdy nikogo nie wyleczył, chyba że z kompleksów.
Jeśli mamy problemy z biurokracją i zakładaniem firm, to rząd ogłasza kampanię „przyjazne państwo”, dużo deklaruje i produkuje nowe, „przyjazne” przepisy i komisje. Przy okazji funduje kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy dla nowych urzędników, którzy, jak wiadomo, są mistrzami efektywnej pracy. Jeżeli giną ludzie w wypadkach, to grzebiemy w kodeksie drogowym i podnosimy kary. Jeżeli wpadamy w niż demograficzny, dajemy na odwal się becikowe i po sprawie. Jeżeli pociągi jeżdżą niepunktualnie, to ogłaszamy „wojnę o sprawną kolej”, rzucamy parę projektów dotyczących budowy linii szybkich kolei za x lat, i ewentualnie kogoś zwalniamy (nie będę przy tej okazji mówił, jak od niemal dekady nie udało się jeszcze de facto podzielić majątku PKP, ale zaznaczę, że i tak powinniśmy dziękować Opatrzności, że jest jeszcze CZYM jeździć). Jesteśmy ofiarą monopolu na dostawy energii? Trzeba dużo mówić o dywersyfikacji, to problem zniknie. Wreszcie, spada poziom na uczelniach wyższych? Na pewno to, czego im potrzeba, to garść chaotycznych przepisów. I nie jest to praktyka ostatniego rządu, ani ostatnich dwóch, ale większości z tych, które sobie wybraliśmy przez ostatnie 20 lat. A nawet dłużej, jest to dziedzictwo tych rządów, których sobie jeszcze nie wybieraliśmy. Nie jest tajemnicą, że mistrzami w mnożeniu przepisów, haseł i biurokracji, zwykle w oderwaniu od rzeczywistości, są Rosjanie. A nasze władze chętnie wzorowały się na Wielkim Bracie. Najpowszechniejszą reakcją na realne problemy i spadek jakości są więc coraz bardziej szczegółowe przepisy i coraz ściślejsza kontrola. Niestety, wygląda na to, że ten wzór przeniknął głębiej do naszej świadomości, i wciąż nie rozumiemy, że nadmiar praw obniża ich autorytet, powoduje, że stają się one niezrozumiałe, a więc jednocześnie lekceważone. Trudno bowiem wymagać, żebym szanował coś, czego nie rozumiem. I jeszcze trudniej oczekiwać, żebym się do tego stosował. I jeszcze jedno – prawo, również to dotyczące ruchu drogowego, nie zastąpi rozsądku ani kultury, nie powinno więc uzurpować sobie ich roli. Piotr ByczkoZobacz także na portalu Kontra:
|














Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!