| Młodzi nietolerancyjni |
| Wpisany przez Gabriela Jelonek | |||
| niedziela, 20 listopada 2011 16:55 | |||
|
Wydawałoby się, że w XXI wieku, czasach, gdy otwierają się granice, a młodzi ludzie coraz liczniej uczą się języków obcych, w dobie tzw. „ERASMUSÓW”, czyli międzynarodowych wymian studenckich, na co dzień właściwie nie spotykamy się z ksenofobią i rasizmem, a jeżeli już, takie incydenty mają miejsce niebywale rzadko. Wielu z nas uważa się za nowoczesnych, światłych i tolerancyjnych ludzi. Prawdziwa próba przychodzi jednak, gdy twarzą w twarz spotkamy się z obcokrajowcami, ludźmi z odrębnej kultury czy o innym kolorze skóry. Poznań to miasto studenckie, miasto młodych ludzi, miasto wielokulturowe – reklamujące się jako miasto know-how. Czy Poznaniacy są tolerancyjni? Zdecydowanie „tak” odpowiedzieli wszyscy moi rozmówcy. Po chwili zastanowienia opowiadają jednak, jak rzeczywiście wyglądają nasze relacje z cudzoziemcami. Pan Zaki Abdulghani z Jemenu, właściciel budki z kebabem przy ul. Ratajczaka przyjechał do Polski w 1988 roku. Mając 21 lat zaczął studiować politologię na poznańskim UAM-ie. Jak wspomina, Polacy w tamtych czasach byli o wiele bardziej konserwatywni i zamknięci, niż obecnie. Studenci z późnych lat 80-tych raczej nie dopuszczali do siebie ludzi innych nacji, obracali się w ściśle zamkniętych kręgach. Na obcokrajowców spoglądali podejrzliwie i traktowali ich z dystansem. Zdarzały się jednak osoby, które potrafiły zaznajomić się, a nawet zaprzyjaźnić z przedstawicielami odrębnych kultur. Sytuacja nieco poprawiła się po otwarciu granic w ’89 roku. Pan Zaki z uśmiechem wyznaje, iż Polacy początkowo nieufni, gdy już się zaznajomią, traktują obcych jak rodzinę. Jak podkreśla, to podstawowa i bardzo pozytywna cecha, która odróżnia nas od ludzi z zachodniej Europy. Jednak dla obcokrajowca życie w Polsce wcale nie jest łatwe. Pan Abdulghani po ukończeniu studiów w Poznaniu próbował znaleźć pracę w zawodzie. Niestety bez skutku. Z żalem wspomina, iż potencjalni przyszli pracodawcy już na rozmowach kwalifikacyjnych nieufnie podchodzili do jego kandydatury. Do tego bez jakichkolwiek znajomości praktycznie nie miał szans na zdobycie wymarzonej pracy. Postanowił więc otworzyć budkę z kebabem, która stała się jego źródłem dochodu i sposobem na przeżycie. Swój interes musi jednak zamknąć, gdyż stał się nieopłacalny. Pytany o możliwe przyczyny takiego obrotu spraw z zastanowieniem na twarzy podaje kryzys. Mówi też o tym, iż „na mieście” żywią się głównie młodzi ludzie, wśród których panuje opinia, iż takie budki są miejscami brudnymi, w których nie przestrzega się zasad higieny, a tym samym, są niepewne. Na dodatek widząc w niej obsługującego obcokrajowca, ich brak zaufania co do żywności tam sprzedawanej rośnie, a budki omijają szerokim łukiem. Dziś coraz rzadziej spotyka się z nietolerancją. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy ludzie na ulicy, zwłaszcza młodzi wyraźnie dają mu do zrozumienia, iż nie odpowiada im jego towarzystwo. Jemeńczyk wyznaje, że najbardziej przykre i niestety najczęstsze są sytuacje, kiedy ulicą idzie młode małżeństwo z dzieckiem, a rodzice wytykają go palcami krzycząc: „Zobacz jaki brudas!”.
Student z Białorusi, Artiom, także raczej nie spotyka się z ksenofobią. Według niego na polskich, a szczególnie poznańskich ulicach ludzie są niebywale życzliwi. Gorzej sytuacja przedstawia się na uczelni – w miejscu, gdzie teoretycznie powinien spotkać najbardziej otwartych przedstawicieli naszego społeczeństwa. Mimo to studenci często rzucają krzywe spojrzenia, szepczą za plecami i izolują się w swoich własnych kręgach towarzyskich. Szybko jednak podkreśla, iż na brak towarzystwa nie może narzekać, gdyż zdecydowana większość ludzi jest mu przychylna i przyjaźnie nastawiona. Nieco inaczej sytuację rysuje Alicja, studiująca towaroznawstwo na poznańskim Uniwersytecie Ekonomicznym. Jej rodzina pochodzi z Angoli, wyróżnia ją więc ciemna karnacja i czekoladowe, kręcone włosy. W Poznaniu mieszka od urodzenia. Jak opowiada, w szkołach ani na uczelni nigdy nie spotkała się z rasizmem czy ksenofobią. Infantylne żarty dotykają ją jednak na ulicy, w autobusach, tramwajach czy pociągach. Nie rzadko spotyka się z przykrym i niestety typowym dla Polaków okrzykiem na widok osoby czarnoskórej: „Ty bambusie!”. Okrzyk ten jest najczęstszym narzędziem zaczepki na ulicy. Zdarzyła się jej też nieprzyjemna sytuacja w pociągu, gdy współtowarzysze podróży z przedziału zaczęli głośno opowiadać sobie żarty o murzynach. Alicja podkreśliła, że z nietolerancją, rasizmem i nieprzychylnością praktycznie zawsze spotyka się ze strony młodych ludzi, głównie mężczyzn. Gabriela JelonekZobacz także na portalu Kontra:
|













Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!