| Łup w łeb dźwignią handlu |
| Wpisany przez Piotr Byczko | |||
| sobota, 22 października 2011 21:44 | |||
|
Są wszędzie: przy drogach na wsi, na budynkach w miastach, w telewizji, gazetach, radiu i internecie, ostatnio nawet przybrały postać zmotoryzowaną. Podobno nikt ich nie lubi, a jest ich coraz więcej. Mówi się o nich, że są dźwignią handlu… jednak z mojej perspektywy konsumenta – laika, ich zastosowanie wskazuje raczej na coś w rodzaju łomu, którym okłada się nas po głowach.
Dowiedziono już, że tzw. reklama podprogowa, czyli trafiająca do naszych zmysłów tak, by świadomość jej nie zarejestrowała (np. jako pojedyncza klatka z logiem w filmie), zwiększa u nas chętkę na zakup określonego produktu. Została zakazana, jako sprzeczny z etyką sposób wywierania wpływu na konsumenta. Co jednak z reklamą, która działa na świadomość aż zbyt mocno? Z takim wyskakującym okienkiem, które zasłaniając mi widok witryny i uciekając przed myszką budzi tylko potok przekleństw? Albo z megafonem przyczepionym do auta, który mija mnie na ulicy, ogłuszając skuteczniej niż niejeden koncert metalowy? Swoją drogą taki megafon w Poznaniu reklamował ostatnio badania wzroku... szkoda, że nie słuchu. One też zachęcają kogoś do zakupu czegokolwiek? Część konsumentów, w tym i ja, nosi się z zamiarem notowania nadawców co bardziej nachalnych reklam celem ich bojkotu, a jednak chyba uważa się to za czcze pogróżki. Wydawałoby się, że słusznie, bo nie znam nikogo, kto by taki zeszyt rzeczywiście założył, a tego typu atrakcji mamy w świecie realnym i wirtualnym coraz więcej. Ktoś więc je zamawia i wydaje na nie pieniądze, uważając za skuteczne i potrzebne; i ktoś produkuje. Ale nawet, jeżeli chwilowa irytacja nie przekłada się na spadek skuteczności reklamy, to jednak mamy do czynienia z pewnym problemem etycznym, nie mniejszym niż w przypadku reklamy podprogowej. Odbiorca jest tu marionetką, której emocji i prawa do świętego spokoju nie bierze się pod uwagę. Czyli tak długo jak wiem, że jestem molestowany, można mnie molestować. Wymuszanie naszego czasu, który wielu przelicza na pieniądze, też wydaje się nie w porządku.
Są i ulotki, wszędzie ich pełno, walających się po ulicach, wypełniających śmietniki, powtykanych w kieszenie… Ktoś je w ogóle czyta? Ktoś zbadał ich skuteczność? Skoro tak dba się teraz o ekologię i wprowadza się nakaz używania zwykłych żarówek, czemu toleruje się takie bezsensowne marnowanie (nawet przetworzonego) papieru i generowanie odpadów? Niestety, twórcy reklam nie mają chyba zbyt wielkiego pojęcia ani o etyce, ani nawet o estetyce – ta ostatnia znalazłaby przecież świetne zastosowanie w reklamie. Dobry plakat może być dziełem sztuki, wiadomo to wszędzie na świecie, teoretycznie też i u nas. Niestety, mimo popularności szkół plastycznych wśród studentów, w praktyce głównym tematem reklam dachówek, opon czy okien pozostaje przysłowiowa „goła baba” – dotyczy to zwłaszcza terenów podmiejskich. W niewielkim stopniu rekompensuje ona stratę krajobrazów, upstrzonych coraz bardziej kolorowymi tablicami. Tymczasem głównym polem do popisu obrońców praw i godności kobiet pozostają parytety…
Jadąc więc przez Polskę widzimy pstrokate śmietnisko informacyjne, zapełnione megafonami i roznosicielami ulotek, okraszane wtykanymi gdzie popadnie cyckami i bielutkimi uśmiechami… Ślicznie. Piotr ByczkoZobacz także na portalu Kontra:
|















Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!