| Piękna pomyłka |
| Wpisany przez Norbert kowalski | |||
| niedziela, 11 grudnia 2011 11:08 | |||
|
Okazało się, że bardzo się myliłem. Andrea Anastasi odmienił polskich siatkarzy i znowu wprowadził nas na podium światowych imprez. Muszę uderzyć się w pierś i powiedzieć gromkie „przepraszam” za brak początkowego zaufania. Mamy już koniec roku, więc nadeszła pora na podsumowanie jego pracy. Najlepszym wyznacznikiem sukcesu Anastasiego jest fakt, iż w jednym roku trzykrotnie doprowadził nasz zespół do podium wielkich imprez. Jest to wyczyn bez precedensu, gdyż nigdy wcześniej Polacy nie byli w stanie nawet dwukrotnie w ciągu roku stanąć na podium światowych turniejów. Jednak zacznijmy od początku. 23 lutego 2011 roku Włoch został nowym trenerem polskich siatkarzy. Najważniejszą imprezą sezonu miały być Mistrzostwa Europy, a ponadto wymagano także dobrego rezultatu w rozgrywkach Ligi Światowej. W pierwszych spotkaniach z Anastasim w roli selekcjonera Polacy zagrali towarzysko z Rosją. Zwycięstwo i porażkę oceniono pozytywnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę styl gry oraz etap przygotowań do najważniejszych imprez. Zaledwie tydzień później (28 maja) biało-czerwoni rozegrali pierwsze spotkanie w Lidze Światowej. Anastasi w tegorocznych rozgrywkach pozwolił odpocząć wydawałoby się kluczowym zawodnikom, takim jak Wlazły, Pliński, Zagumny, Winiarski. Okazało się, że i bez tych graczy Polacy byli w stanie dwukrotnie pokonać mistrzów olimpijskich (Amerykanów), bez problemu ograć Portorykańczyków i postawić trudne warunki Brazylijczykom. Turniej finałowy odbył się w gdańskiej Ergo Arenie, dlatego też biało-czerwoni mieli w nim zapewniony udział. Mimo wszystko pojawiały się opinie, że sportowo odstajemy od pozostałych drużyn i nie zasługujemy na rywalizację w Final Eight. Jednak przez całą fazę interkontynentalną nasz zespół wciąż się zgrywał i nabierał pewności siebie oraz doświadczenia, które zaprocentowało już w Gdańsku. Na początku rywalizacji Polacy po tie-breaku ograli Bułgarów, następnie gładko ulegli Włochom i w meczu o wszystko pokonali po niesamowitym pięciosetowym dreszczowcu Argentynę. Awans do półfinału kosztem Włochów i Bułgarów stał się faktem. Tam czekał na nas sąsiad zza wschodu – Rosja. Rosjanie mimo oporu biało-czerwonych wygrali 3-1 i awansowali do finału, w którym pokonali Brazylijczyków po niezwykle emocjonującym spotkaniu 3-2. Polakom pozostał mecz o trzecie miejsce, w którym ponownie zmierzyliśmy się z Argentyńczykami. Tym razem już bez większych kłopotów pokonaliśmy Albicelestes 3-0, osiągając jak dotychczas największy sukces w rozgrywkach Ligi Światowej. Sukces w Lidze Światowej został odebrany jako zapowiedź dalszej owocnej pracy Anastasiego z kadrą. Wszyscy zaczęli wierzyć, że na mistrzostwach Europy, które już we wrześniu miały się odbyć w Austrii i Czechach Polacy także osiągną podium. Nasze nadzieje zostały podsycone po sparingach z Francją w Ostrowcu Świętokrzyskim. Polacy i Francuzi rozegrali dwa mecze i podzielili się zwycięstwami. Jednak nastroje pogorszyły się wraz z Memoriałem Huberta Wagnera. Polacy przegrali wszystkie mecze i zajęli ostatnie miejsce, prezentując fatalną grę. To spowodowało, że nie wiedzieliśmy czego tak naprawdę możemy spodziewać się po biało-czerwonych na zbliżającym się czempionacie. Na inaugurację turnieju pokonaliśmy Niemców 3-1. Następnie w takim samym stosunku ulegliśmy Bułgarom oraz Słowakom. Zwłaszcza porażka z naszymi południowymi sąsiadami wzbudziła wiele kontrowersji. Mówiono, iż była ona celowa, aby w kolejnych rundach trafić na łatwiejszych przeciwników i uniknąć błędu z mistrzostw świata w 2010 roku. Nawet sam Anastasi tego nie zaprzeczał i powtarzał, że liczy się ostateczny wynik. A ten jak okazało się kilka dni później był niesamowity. Biało-czerwoni w kolejnych spotkaniach bez większych kłopotów pokonali Czechów i Słowaków, awansując tym samym do półfinału europejskiego czempionatu. Tam czekali na nich Włosi. Pomimo ambitnej gry Polacy musieli uznać wyższość rywala i spotkać się w meczu o brąz z Rosją. Nasi wschodni sąsiedzi byli rozbici po półfinałowej porażce z Serbami i nie potrafili przeciwstawić się Polakom, którzy wygrali 3-1. Dzięki temu Anastasi przeszedł do historii polskiej siatkówki jako trener, który doprowadził naszą drużynę do dwóch podiów wielkich imprez w tym samych roku. Jednak ostatni akord tej niezwykłej symfonii wciąż czekał na Polaków. A był nim oczywiście Puchar Świata. Przed wylotem do Japonii Polska spotkała się jeszcze w Legionowie z Czechami i podobnie jak w wcześniejszych sparingach, tak i ten dwumecz zakończył się zwycięstwem i porażką. W Pucharze Świata Polacy wystąpili dzięki „dzikiej karcie”. Od początku mówiono, iż celem jest zdobycie olimpijskiej kwalifikacji, lecz w rzeczywistości chyba oprócz samych siatkarzy, trenerów, działaczy i garstki kibiców niewiele osób w to wierzyło. Mnie również rozum podpowiadał, że będzie o to bardzo ciężko, lecz serce kazało wierzyć. Puchar Świata jest bez wątpienia najbardziej wyczerpującą imprezą siatkarską. 15 dni i 11 meczów na najwyższym poziomie. Wiedziałem, że Polacy są już zespołem przez duże „Z”, lecz obawiałem się, czy będą w stanie wytrzymać trudy tego turnieju. Zdawałem sobie sprawę, iż są w stanie wygrać z każdym, lecz wciąż tkwiła we mnie niepewność, że mogą nie poradzić sobie z tempem tego morderczego maratonu. Jednak już od początku turnieju biało-czerwoni udowodnili, że nie rzucali słów na wiatr i przyjechali do kraju kwitnącej wiśni po olimpijską kwalifikację. W pierwszych meczach Polacy gładko ograli Kubańczyków, Serbów i Argentyńczyków. Wydawało się, że nasza machina już się rozpędziła, lecz nagle okazało się, że nie wszystkie śrubki są odpowiednio naoliwione. Niespodziewanie w czwartym spotkaniu biało-czerwoni ulegli Irańczykom 2-3, pomimo wysokiego prowadzenia w czwartym secie. Ta przegrana spowodowała niepewność w naszym zespole, która na szczęście szybko ustąpiła po zwycięstwach z Japonią, Chinami, USA i Egiptem. W tej sytuacji Polakom pozostały do rozegrania tylko trzy mecze a do awansu na igrzyska potrzebowali trzech punktów. Kolejnym przeciwnikiem byli Włosi. Azzurri prowadzili już 2-0, byli w ogródku i witali się z gąską, lecz Polacy udowodnili, że walczą do końca. Wygrali kolejne trzy sety i dzięki temu do awansu na igrzyska brakowało im tylko jednego punktu. Ten udało się zdobyć w pojedynku z Brazylijczykami, ostatecznie przegranym 2-3. W podobnym stosunku ulegliśmy Rosjanom w ostatnim meczu turnieju, który zadecydował o tym, że Sborna wygrała Puchar Świata. W Japonii biało-czerwoni rozegrali kapitalne zawody. Ze wszystkich stron spływały na nich pochwały, lecz trzeba także obiektywnie przyznać, iż takie porażki jak z Iranem, Brazylią i Rosją (gdzie mieliśmy pięć piłek meczowych) nie powinny się zdarzać. Jednak mimo wszystko swoim występem siatkarze udowodnili, że stworzyli kapitalny zespół, który ponownie należy do światowej czołówki, chociaż do walki o najwyższe laury, jeszcze trochę brakuje.
Norbert KowalskiZobacz także na portalu Kontra:
|












Przyznam szczerze, że zwolnienie Daniela Castellaniego z funkcji trenera reprezentacji Polski uważałem za błąd. Sądziłem, że każdemu należy się druga szansa, zwłaszcza biorąc pod uwagę zdobycie mistrzostwa Europy w 2009 roku. Obawiałem się również, czy nowy trener będzie w stanie dotrzeć do zawodników i w ciągu krótkiego czasu ponownie zakorzenić w nich wiarę w sukces.
Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!