Sesja już dawno za nami, wakacje zdążyły się rozkręcić, a do wrześniowych poprawek jeszcze daleko. Jest to więc idealny moment, żeby z rozkoszą delektować się nowymi, bądź ulubionymi serialami. Zaczniemy od „Amerykańskich Bogów”…

Serial wystartował 30  kwietnia 2017 roku i jest oparty na powieści Neila Gaimana (jest on także producentem wykonawczym) pod tym samym tytułem. „Amerykańscy Bogowie” opowiadają historię Cienia (Ricky Whittle), skazańca, który na kilka dni przed wyjściem z więzienia dowiaduje się o śmierci swojej żony Laury (Emily Browning). W drodze na pogrzeb poznaje tajemniczego Pana Wednesdaya (Ian McShane). Cień podejmuje dla niego pracę, nieświadomy tego, że wplątał się w konflikt pomiędzy starymi, a nowymi bogami. Gaimanowski świat to tylko pozornie zwykła, XXI-wieczna rzeczywistość, z pełną gamą mitologicznych bóstw oraz stojących do nich w opozycji współczesnych bożków.

Największą zaletą serialu jest jego obsada oraz wysoki poziom aktorstwa. Chylę czoła ku znakomitemu Ianowi McShanowi za jego kreację Wednesday’a. Bez dwóch zdań kradnie on całe show, na zmianę intrygując i bawiąc. Stworzył mocną, wyrazistą postać przy której Cień wypada nadzwyczajnie blado, aczkolwiek do gry aktorskiej Rickiego Whittle’a zastrzeżeń nie mam. Sama postać wydaje się być, płytka i bez wyrazu, a rola ciągłego niedowiarka, z czasem nudzi i irytuje. Kolejny ukłon kieruje w stronę Petera Stormare’a grającego Czernoboga, zapomniane słowiańskie bóstwo. Serial serwuje nam dosyć mrocznego rzeźnika, uzależnionego od tytoniu, alkoholu i gry w warcaby. Stormare’a pasuje idealnie. Aktor świetnie oddaje żal jakim przepełniony jest bóg, by za chwilę pokazywać lekką nutę szaleństwa przy negocjacjach z tajemniczym pracodawcą Cienia. Niestety, nie gości on na ekranie zbyt długo. Oklaski należą się również Pablo Schreiberowi wcielającego się w rolę Szalonego Sweeney’a, pechowego leprechauna z poczuciem winy. Jego historia zostaje nam przybliżona w przedostatnim odcinku pierwszego sezonu. Schreiber odwalił tu kawał bardzo dobrej roboty. Na uznanie powinna też liczyć Emily Browning. Grana przez nią postać denerwuje, ale nie zrozumcie mnie źle. Dzięki swojej dobrej grze aktorskiej wzbudziła takie, a nie inne emocje i stąd właśnie to stwierdzenie.

Kolejnym plusem są drobne (bądź nie) historie wplecione w całą fabułę serialu, opowiadające o wszelkiej maści bogach czy istotach. Poznajemy w nich historie przybycia poszczególnych bożków do Stanów Zjednoczonych, ich role w nowym świecie, albo moment przemijania czy porzucenia przez wyznawców. Te opowiastki pozwalają nam wczuć się w serialową rzeczywistość, wciągają nas oraz budują niesamowity klimat, pełen scen onirycznych, mrocznych, balansujących na granicy szaleństwa, okraszony niebywałym soundtrackiem. Sama fabuła toczy się powoli, ale rozpędza się z odcinka na odcinek. Cała historia jednak, jest tak naprawdę wstępem do wydarzeń w następnych sezonach, a jak wieść niesie mają powstać jeszcze dwa kolejne.

Jedynym zarzutem wobec „Amerykańskich Bogów” to poświęcenie całego odcinka na pokazanie historii miłości Laury i Cienia. Jest to lekka przesada, ponieważ nie wnosi to zbyt wiele do całego serialu, którego motywem przewodnim jest walka współczesności z reliktami przeszłości.

Wiara to podstawa istnienia bogów. W XXI wieku ludzkość swą wiarą obdarzyła pieniądze, media i technologie, tworząc, nieświadomie, ich personifikacje. Starzy bogowie nadal trwają, a w ostatnim odcinku pokazali, że nadal ich na bardzo wiele stać.

Pierwszy sezon „Amerykańskich Bogów” to dobra historia, z mocnymi aspektami. Warto po nią sięgnąć, ponieważ jest to jeden z lepszych seriali ostatniego roku. Kilka lat temu czytałem książkę i ze swojej strony mogę zagwarantować, że warto uzbroić się w cierpliwość, w oczekiwaniu na następny sezon, bo będzie intrygująco.

Miron Barański

Tagged with:
 
Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.