Na dworze było przyjemnie ciepło. W końcu zaczęły się ciepłe majowe dni. Stoję na dziedzińcu otoczony murami kamienic. Na środku kilka stolików i krzeseł, jak to w kawiarni. Nagle z drzwi wychodzi ktoś, kto do tego świata nie pasuje. Każe się nazywać Gribojedowem i prowadzi na górę jednej z kamienic. Koniec majowego popołudnia. Witamy w Sanatorium!


„Senne łagodne prześwity” w reż. Tomasza Zajchera, to spektakl zrealizowany już w 2008 r., który po tylu latach wciąż pokazywany jest na scenie Teatru u Przyjaciół.

Teatr u Przyjaciół założono w 2003 r. Działa przy Kawiarni u Przyjaciół na ul. Mielżyńskiego. Jak można wyczytać na ich stronie internetowej Teatr ma charakter społeczny. Nie tworzą go zawodowcy, nie jest dofinansowywany z budżet miasta. Mimo to gromadzi całkiem przyzwoitą publikę i cieszy się całkiem sporą rozpoznawalnością wśród mieszkańców Poznania. Na „Senne łagodne prześwity” także wybrało się kilkadziesiąt osób.

Spektakl inspirowany jest opowiadaniem „Białe noce” Dostojewskiego. Akcja opowiadania dzieje się podczas tzw. białych nocy, czyli w okresie, gdy w ogóle nie zapada noc. Zmierz od razu przeradza się w brzask. Co wtedy dzieje się z człowiekiem pozbawionym nocnych marzeń? Może zaczynać marzyć na jawie?

Wydaje się, że to mógł być punkt wyjścia twórców spektaklu. Sanatorium Gribojedowa, którym stała się scena, wypełnione jest fantastycznymi opowieściami i odrealnionymi postaciami. Motyw snu, łączenia nocy z dniem, został świetnie wizualnie ukazany. W tyle sceny widać postacie uwiązane sznurkami jak lalki. Od czasu do czasu są wyprzęgane ze swojej „uprzęży”, ale po chwili znowu przywoływane do porządku i zakute w kajdany. Tył sceny stanowi więc swoistą poczekalnię, trochę jak u Kafki, w której bohaterowie oczekują, aby wejść do swojego „nieba”, swojego świata marzeń, w którym nie są skuci kajdankami. Bohaterowie spektaklu przypominają trochę ludzi z jaskini Platona. Widzą tylko cień idei, a cały czas bez powodzenia próbują odnaleźć prawdziwe ich źródło. To stanowi prawdziwą przyczynę ich cierpień. Nie jest nim ani miłość, ani kolejne nieudane próby wystawienia sztuki. W spektaklu bohaterowie cierpią, bo nie mogą znaleźć celu, do którego dążą. Widzą jedynie prześwity, bez prawdziwego źródła światła. A gdzieś z tyłu, ledwie widoczny, ukazujący się jedynie parę razy Gribojedow, który niczym antyczny demiurg wprowadza machinę życia w ruch, który daje bohaterom szansę na poszukiwanie. Tym samym jednak daje im szansę na cierpienie. W kogo się więc wciela? W przywoływanego w spektaklu Jeszuę czy Mefista?

Wiele w spektaklu jest odwołań do literatury. Mamy Bułhakowa, Małgorzatę, Mefista, Gogola. Część z nich żyje, część umarła. Mamy też dwie pensjonariuszki. Choć może jedną, ale z rozdwojeniem jaźni? To one, usłużnie wykonując rozkazy, odzierają bohaterów z marzeń, odbierają im swobodę i przywołują do porządku.

W warstwie koncepcyjnej spektakl jest więc przemyślany i dojrzały. Choć przez siedemdziesiąt minut zarzucani jesteśmy postaciami, nawiązaniami i odwołaniami, to w historii można się odnaleźć, a aluzje zrozumieć. Erudycyjną i koncepcyjną warstwą nie da się jednak przykryć tego, że spektakl się ciągnie, pozbawiony jest tempa, zwrotu akcji, energii. Aż prosi się o większe emocje, o silny przekaz, wyjście z gładkich słów i finezyjnych historyjek. Może i ciekawie jest posłuchać jednej dyskusji o tym czy ważniejszy jest teatr czy opera, którą prowadzi Michaił z Dyrektorem, ale po co męczyć widza tym samym motywem po raz kolejny? Ostatecznie, co wynika z takiej dyskusji?

Być może w wielości nawiązań zgubiła się też dramaturgia postaci. Przez cały spektakl takich samych, śniących o tym samym, mówiących tak samo. Dodajmy, mówiących językiem pięknym i kwiecistym, ale dla dzisiejszych odbiorców (jak i twórców) archaicznym i sztucznym. Szkoda, bo przez to cała historia bardzo mocno staje się historią wypreparowaną z dzisiejszego świata, niemającą żadnych z nim powiązań.

Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na scenografię, powtarzającą schemat praktykowany, niestety, przez wiele teatrów, która stara się jak najwierniej oddać rzeczywistość, stając się przez to jeszcze bardziej fałszywa. Naprawdę nie potrzeba zupełnie niewykorzystywanego obrazu na ścianie czy dywanu, żeby widz domyślił się, gdzie dzieje się akcja. Każdy niewykorzystany na scenie element scenografii jedynie zwiększa wrażenie sztuczności prezentowanego świata.

Wyszedłem z powrotem na dwór, był już wieczór. Pomyślałem o tym, że wyszedłem taki sam jak wszedłem. To nie była sztuka, która poruszyła moim wnętrzem, moimi emocjami albo skłoniła mnie do głębszych rozmyślań. W pamięci zostaje jedynie parę obrazów, kilka myśli, parę słów. Czy to dużo? To już zależy od tego, czego kto oczekuje…

Rafał Bilicki

Tagged with:
 
  • Martyna

    Brakuje mi tu dodatkowej recenzji herbaty ,,Senne łagodne prześwity” dostępnej w kawiarni 😀

Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.