Każdy nasz kolejny ruch jest obraną (świadomie lub mniej świadomie) taktyką wojenną. Możemy udawać, że żyjemy i żyć, udając kogoś zupełnie innego. Nieustannie toczy się w nas walka. Między dobrem a złem, między miłością a nienawiścią, między takim a innym wyborem. Właśnie ten wycinek ludzkiej egzystencji postanowił użyć Teatr Studencki Albo albo w swoim przedstawieniu „War is over?”.

Już sam tytuł skłania do refleksji nad tym zagadnieniem. Dlaczego? Pozornie jest tylko wykrzyknieniem mającym upewnić nas, że wojna faktycznie jest skończona, pogrzebana i przykryta piachem. Jednak gdy spojrzymy dalej, ale zdecydowanie tam, gdzie jeszcze wzrok sięga, ujrzymy jawiący się za wykrzyknikiem, splamiony krwią, znak zapytania…

Przechodząc do meritum, czyli spektaklu – na piętrze w Centrum Amarant zawrzało i zaludniło się. Wszyscy czekamy z niecierpliwością, by dowiedzieć się co czeka nas za „tymi” drzwiami. Czy będzie to katharsis, czy raczej poczucie zmarnowanego czasu. Wówczas wychodzi do naszego zgromadzenia obcych sobie ludzi, jedna z aktorek przedstawienia. Deklamuje utwór wojenny, zapewne by wprowadzić nas w nostalgiczny nastrój. Efekt byłby jeszcze lepszy, gdyby nie ta kartka, ta ściąga w jej dłoni. Po tejże recytacji udajemy się na salę, gdzie w rytm muzyki tańczą cienie na ścianie.
Całe przedstawienie miało budowę klamrową, początek i koniec stanowiła ta sama scena. Taki zabieg sprawił, że widz doznał odczucia zakończonej historii. Jednak czy rzeczywiście taką była?

fot. Mateusz Kulesza

Jak już wyżej wspomniałam w trakcie przestawienia przeplatały się ze sobą wątki dwojako rozumianej wojny. Można by rzec – wewnętrznej (o charakterze duchowym) oraz zewnętrznej (którą cechuje większa fizyczność). Jednak w moim odczuciu, przejścia między nimi były dość niespójne, niewystarczająco przyczynowo-skutkowe. Lecz, pomimo wspomnianej niespójności, aktorki lepiej zaprezentowały motyw walki z samym sobą.
Ukazały ponadto również obraz kobiety – wojowniczki, która musi zabijać, by przeżyć, w myśl zasady „albo ty albo ja”. Ta część nie przemawiała tak głośno, wyraźnie i dobitnie jak pierwsza. Może dlatego, że wizja wojny zbrojnej jest w naszych myślach tak odległa?

fot. Mateusz Kulesza

Rozpatrując ten spektakl pod kątem umiejętności aktorskich, gra aktorek była zdumiewająco dobra i na wysokim poziomie. A przynajmniej wystarczająco wysokim dla niewymagającego widza, który doświadczał złości, radości i nienawiści równolegle z występującymi. Brawa należą się im również za umiejętność operowania głosem w taki sposób, że publiczność tylko czeka, aż wprawią w drgania swoje struny głosowe.

Niezaprzeczalnym atutem okazały się kwestie techniczne. Muzyka (która swoją drogą, również wpasowała się w klimat poruszanego zagadnienia potęgując emocje) oraz synchronizacja stanowiły wisienkę na torcie.

fot. Mateusz Kulesza

Tort ten (oczywiście czysto merytoryczny) – powstały z okazji premiery spektaklu i premiery samej grupy teatralnej – widzowie zjedli ze smakiem. Czy znaleźli odpowiedź na skomplikowane pytania? Trudno powiedzieć, ale ważniejsze jest, że w otchłani ich umysłów one w ogóle powstały. Zastanawiając się ostatnio nad tym tematem z moim przyjacielem doszliśmy do wniosku, że wiele rzeczy pozostaje nieodkrytych, tylko dlatego, że ktoś nie zadał odpowiedniego pytania. A to spotkanie z grupą teatralną Albo albo skłoniło do zatrzymania się na chwilę i zajrzenia w głąb siebie. Ciekawe, co w sobie wyczytamy.

 

Milena Adamczyk

Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.