Marvel Cinematic Universe rozkręca się  w najlepsze, pozostawiając konkurencję w postaci DCEU daleko w tyle. Trzecia faza budowania marki okazuje się być dotychczas najbardziej udaną. Nie tylko rozwija się poznane dotychczas postaci (stawiając je w obliczu wzajemnego konfliktu), ale także dba się o wprowadzenie dla nowych, potencjalnych superbohaterów. Po „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”, „Doktorze Strange’u”,  czy nowym „Thorze: Ragnaroku” – który przy okazji uratował odbiegają poziomem od reszty projektów Marvela trylogię  – można już było się spodziewać całkowitego sukcesu „Avengers: Infinity War”. Multum bohaterów, najpotężniejszy antagonista, na jakiego dotychczas mogła trafić ekipa Mścicieli i bracia Russo za kamerą – czy cokolwiek mogło pójść nie tak?

 W kupie siła!

W końcu, zapowiadany już w poprzednich filmach uniwersum, Thanos wstał z tronu, ubrał rękawicę i zdecydował się wziąć losy wszechświata w swoje ręce. Kolekcjonując Kamienie Nieskończoniości zbliża się do wydania wyroku na połowie żyjących istnień. Już początek filmu potrafi utwierdzić w fakcie, że Loki, czy Ultron byli jednie dla ekipy Avengers rozgrzewką przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Okładka filmu nie kłamie – kilkadziesiąt bohaterów stawi czoła siłom zła w epickim starciu, które przyćmiewa niemalże każdą wydaną dotąd produkcję spod znaku MCU. Poza ekipami, podzielonymi przez „Wojnę bohaterów”, uświadczymy także wojowników z Wakandy, czy nawet Strażników galaktyki. Co lepsze, ta przytłaczająca ilość bohaterów wcale nie wprowadza chaosu, a jedynie zmusza do niespecjalnie przeszkadzających elips, skracających niekiedy sceny walk. Niewielka cena dla widza w obliczu ponad dwugodzinnego widowiska takiego rozmiaru. A jest to widowisko, jakie chyba każdy fan komiksów mógłby sobie wymarzyć.

     „Fine, I will do it myself”.

Niemalże od początku filmu bohaterowie są zmotywowani do złączenia sił w obliczu nadciągającego zła. Różne postaci z uniwersum zawierają relacje i ruszają na misję ochrony wszechświata. Bracia Russo nie tylko umiejętnie połączyli bohaterów wprowadzonych w uniwersum już przez innych reżyserów, ale także – poprzez montaż równoległy – stosunkowo poukładanie zaprezentowali potyczki herosów w różnych zakątkach galaktyki. Sceny akcji są sfilmowane niemalże bezbłędnie. Co prawda trafimy nieraz na parę hollywoodzkich chwytów, które nagle pomogą bohaterom ujść z życiem lecz to kolejna błahostka przyćmiona przez pomysłowość w kwestii wykorzystania mocy bohaterów oraz choreografii walk. Sam Thanos sieje zniszczenie za pomocą kamieni,  których potencjał zdaje się być tu w pełni wykorzystany.  Ujęcia kilku protagonistów  próbujących poskromić bezwzględnego kosmitę mówi dosadnie – to największe wyzwanie dla herosów w historii uniwersum. By jednak ubarwić potencjalnie nijakiego mięśniaka, twórcy sprawili, że dysputy na temat słuszności planu Thanosa faktycznie mogą stanowić konflikt ideowy. Unicestwienie połowy wszechświata nie jest co prawda rozbiciem kilku jajek do omletu, jednak szerokie spojrzenie na kwestię pokoju i ładu w kosmosie nadaje temu terrorowi większy sens.

Śmiech przez łzy.

 „Avengers Infinity War”, pomimo swojej długości, potrafi utrzymać atencję widzą od początku, aż do sceny po napisach końcowych. Charyzma bohaterów oraz wiele humoru sprawia, że relacje każdej z ekip śledzi się z zainteresowaniem. Fani oraz zaznajomieni z popkulturą mogą także docenić nawiązania intertekstualne zarówno do innym filmów MCU, jak i dzieł kultury w ogóle. Ponadto  obecna autoironia dodatkowo utwierdza nas o dystansie, jaki zarówno twórcy, jak i bohaterowie mają do tej, bądź co bądź, kiczowatej, komiksowej konwencji. Co jednak najlepsze, luźne sceny przepełnione humorem stanowią idealną przeciwwagę dla wielu dramatycznych momentów. Film jest przez to utrzymany w idealnie wypośrodkowanym tonie.  Nie popada ani przez chwilę w pretensję, ckliwość, czy suchotę (może poza powtarzanymi przez cały czas kwestiami związanymi z Hulkiem).

   „Justice League”? A kto to pamięta…

Choć nie wiadomo, jak długo by się kontemplowało, naprawdę ciężko jest znaleźć poważne zarzuty wymierzone w kierunku nowego dziecka braci Russo. Kilka klisz, czy cięć nie odbiera impetu filmowi, a o chaosie, czy spłyceniu relacji po prostu nie ma tu mowy. MCU wybrało do tej roboty fachowców, którzy z karkołomnego zadania wyszli obronną ręką. Nowych „Avengers” ogląda się świetnie już od chwili uświadomienia zagrożenia z kosmosu, poprzez walkę o Kamienie Nieskończoności, aż po finałowe, epickie starcie na Ziemi. Blockbuster idealny? Na pewno temu bliski. Choć osobiście nadal największe wrażenie robi na mnie trzecia część „Kapitana Ameryki”, to omawiana produkcja z pewnością zagrzałaby miejsce tuż za nią. Oby tylko za rok twórcy nie schowali się we własnym cieniu.

8/10

Adam Mańkowski

Źródło: commons.wikimedia.org/wiki/File:Avengers_Infinity_War_logo_001.jpg

Tagged with:
 
Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.