Od kilku dni w największych miastach w Polsce codziennie organizowane są uliczne protesty. W Sejmie i Senacie dochodzi niemal do rękoczynów. Programy publicystyczne w telewizji działają na pełnych obrotach. Wszystkiemu towarzyszy atmosfera oskarżeń, wyzwisk i obelg. Wszystko przez planowane zmiany w sądownictwie. Ale czy na pewno?

Performance, choć brak jest jego ścisłej definicji, możemy określić jako pewną sytuację artystyczną, w której ciało performera jest zarówno podmiotem i przedmiotem tej sytuacji. Performer znajduje się w określonym kontekście, czasie oraz przestrzeni. Temat działania jest zupełnie dowolny. Dlaczego więc nie miałaby nim być polityka?

Aby zrozumieć motywację, upór oraz prędkość zmian w sądownictwie, jakie zaproponowało Prawo i Sprawiedliwość, trzeba cofnąć się w czasie do lat 2005-2007, czyli do okresu ich pierwszych rządów. Sztandarowe punkty programu politycznego zostały bowiem już wówczas sformułowane: dekomunizacja na wszystkich polach, reforma sądownictwa oraz walka z korupcją. Wówczas jednak działania rządu były powolne, nieco lękliwe. Dodając do tego niestabilną wówczas koalicję z Samoobroną oraz LPR, w efekcie wszystkich zaplanowanych zmian nie udało się wprowadzić (w szczególności przy decyzji o wcześniejszych wyborach). Dziś wydaje się, że rządzący nie chcą powtórzyć starych błędów, idąc więc drogą zaproponowaną na Węgrzech przez Victora Orbana, dążą do przeprowadzenia szybkich i głębokich zmian. Tak było już w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, tak jest w przypadku sądów powszechnych i Sądu Najwyższego, i tak będzie przy dalszych ważnych reformach, które spotkać się mogą z niezadowoleniem części społeczeństwa.

Przejdźmy jednak do meritum sporu. Chyba każdy, kto zetknął się kiedyś z wymiarem sprawiedliwości w Polsce, albo chociaż śledzi od czasu do czasu jego działanie, stwierdzi, że system ten nie działa dobrze. Wyroki wydawane są po wieloletnich sporach, sędziowie i prokuratorzy nie mają pojęcia o co chodzi w sprawach, które rozpatrują, a wydane orzeczenia często mijają się ze społecznym poczuciem sprawiedliwości. Dodajmy do tego również, że całe środowisko sędziowsko-prawnicze, mówiąc eufemistycznie, nie cieszy się wielkim zaufaniem i szacunkiem w społeczeństwie. Reforma sądownictwa jest więc reformą ogólnie pożądaną. Mając więc poklask społeczeństwa PiS chciał przeprowadzić zmiany, które…spowodowały masowe protesty.

Proponowane zmiany zasługują na krytykę z kilku powodów. Po pierwsze – jeśli minister sprawiedliwość zyskuje niemal nieograniczoną władzę, aby odwoływać i powoływać prezesów poszczególnych sądów, oznacza to de facto, że staje się ich zwierzchnikiem. Kiedy więc sprawa toczyć się będzie między obywatelem a państwem, sędziowie mogą czuć presję władzy, aby orzec zgodnie z interesami Skarbu Państwa. Byłaby to pośrednia presja, godząca w niezawisłość, wynikająca wprost z przepisów prawa. Po drugie – jeśli procedura powoływania sędziów Sądu Najwyższego zostanie podporządkowana wyłącznie partii rządzącej, to może to budzić wątpliwości w kontekście uprawnienia SN do stwierdzania legalności wyborów powszechnych. Jako trzeci zbiorczy argument przeciwko ustawom należy wskazać tryb ich przegłosowywania. Zgłoszenie jak projekt poselski, a nie rządowy, aby obejść obowiązek przeprowadzenia konsultacji społecznych, głosowanie nocą, ekspresowe tempo, pisanie ustawy na kolanie, wzajemne wykluczanie się przepisów, niezważanie na nic i na nikogo… W taki sposób nie powinno się przeprowadzać zmian w prawie w ogóle, a co dopiero w tak ważnej jak sądownictwo, sprawie.

Gdyby jednak debata publiczna (zarówno ta na ulicy, jak i w sejmie i senacie) toczyła się wokół tych i wielu innych kontrowersji, moglibyśmy czuć się zadowoleni. Wówczas mielibyśmy triumf demokracji, moglibyśmy wspólnie dojść nawet do satysfakcjonującego wszystkie strony rozwiązania. A przynajmniej moglibyśmy każdy każdego zrozumieć. W tym sporze jednak mamy do czynienia z polityką performansu.
Jak inaczej bowiem nazwać ten spór? Aby poszukać podstawowe informacje dotyczące stricte spornych ustaw, trzeba dość solidnie przekopać internet. Bez problemu dowiemy się jednak kto do kogo powiedział „won”, kto kogo wyzwał od debili i kto kogo popchnął. Ten spór przeniósł się na poziom, w którym sama kwestia sądów, stała się drugorzędna. Chodzi w nim tylko o to, aby się pokazać, żeby krzyknąć, żeby zostać zauważonym. Litość bierze oglądając polityków opozycji, na czele z członkami Platformy Obywatelskiej, krzyczących „precz z komuną!”, którą sami przez osiem lat rządów bronili przed dokładnym rozliczeniem i nie mają oporów, aby w swojej partii mieć byłych aktywnych członków PZPR. Adam Michnik obecne rządy porównuje do PRL-bis, a polityków PiS-u do Jaruzelskiego i Kiszczaka, jakby zapomniał, że nie tak dawno temu obu panów nazywał „ludźmi honoru”. Poseł Misiło gwarantował posłom PiS przeprowadzenie nad nimi procesów norymberskich (sic!). Przewodniczący Grzegorz Schetyna wpadł na pomysł potwierdzający tezę o zbiorowej histerii polityków, aby do Kodeksu Karnego wprowadzić przepis (działający jak się domyślam z mocą wsteczną), będący podstawą, aby wszystkich biorących udział w procesie legislacyjnym dotyczącym zmian w sądownictwie, pozbawić wolności w wymiarze minimum 5 lat. Dorzućmy do tego zbioru jeszcze Kamilę Gasiuk-Pihowicz walącą podczas obrad sejmu pięścią w mównicę, prowokacyjne zachowanie Krzysztofa Mieszkowskiego i najsłynniejsze „mordy zdradzieckie” i oskarżenie połowy sejmu o śmierć brata w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego. Przekaz ma iść dalej. Polityk-performer stał się podmiotem i przedmiotem sytuacji. Nieważne o czym mówi, czy to ma sens i czy nie kłóci się z tym co mówił wcześniej. Jest tylko tu i teraz, reszta się nie liczy, performansu przecież nie da się powtórzyć.

W całym tym performance uczestniczyć musieli ludzie. Nie mam wątpliwości, że cynicznie przez polityków wykorzystani. Czy oddolny sprzeciw wobec wprowadzanych ustaw, inicjowany przez obywateli istniał? Na pewno. Czy jednak był widoczny? Niekoniecznie, w końcu w każdym mieście, w którym dochodziło do protestów swoje twarze pokazać musieli czy to Ryszard Petru czy Grzegorz Schetyna. Przywłaszczali więc niejako sobie protest, w którym uczestniczyli ludzie, być może z głównymi partami opozycyjnymi, niemający nic wspólnego. Protestować musieli jednak pod ich skrzydłami, bo innych protestów po prostu nie było. Dziwne to jednak musi być doświadczenie, domagać się praworządności wraz z człowiekiem, którego partia odpowiada za aferę hazardową lub kradzież środków z OFE… Swoją droga ciekawi mnie, czy wszyscy protestujący znaleźli czas, aby ustawy przeczytać. Skoro bowiem w odniesieniu do spektakli teatralnych mamy zasadę „nie widziałeś – nie wypowiadaj się”, powinniśmy wprowadzić tu również zasadę „nie czytałeś – nie wypowiadaj się”…

Dokąd to wszystko nas jednak doprowadzi? Środowisko PO wciąż zachowuje się, jakby nie rozumiało skąd wynikała ich porażka i niechęć społeczeństwa. Jakby ciężko było pojąć, że Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny to dla przeciętnego Polaka twory na tyle abstrakcyjne i niejasne, że nie zależy mu na ich obsadzie. Dodatkowe 500 zł to jednak coś konkretnego i nie ma się co dziwić, że zwykły Kowalski poświęci prof. Gersdorf w zamian za pół tysiąca złotych w miesiącu. PiS z kolei zachowuje się tak, jakby również nie pamiętał dlaczego Platforma w dużej mierze ostatnie wybory przegrała. Politycy partii rządzącej zaczynają powtarzać butę i zadufanie w sobie polityków Platformy z ostatnich lat ich rządów, a kierowana przez nich telewizja publiczna wciska propagandę partyjną w sposób tak łopatologiczny, że aż śmieszny.

Być może zawetowanie przez prezydenta Andrzeja Dudę ustaw o Sądzie Najwyższym oraz Krajowej Radzie Sądownictwa uspokoi nastroje i da czas na chłodną analizę sytuacji. Nie zmieni się jednak raczej podejście polityków do swojej pracy. Polityk staje się przekazem samym w sobie. Ciało performera jest podmiotem i przedmiotem jednocześnie…

Rafał Bilicki

Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.