| Mezozoik ryczy na Bemowie! |
| Wpisany przez Piotr Byczko | |||
| wtorek, 14 czerwca 2011 20:11 | |||
|
Motörhead i Iron Maiden. Mogłyby zostać opisane jako „alternatywne” w przedpotopowym, właściwym tego słowa znaczeniu. Zespoły, zdawałoby się, z odległych krawędzi metalowego świata, a jednak łączy je niezależność, oryginalność i rzadka charyzma. Dwa dinozaury rocka, dla których czas się zatrzymał. Tegoroczny skład Sonisphere Festival może nie był tak historyczny jak poprzedni i nie przyciągnął już tak wielu widzów jak zeszłym razem, ale i tak był niezwykły.
Pomijając, z braku miejsca, kilka świetnych, drugoligowych zespołów, skupię się na niekwestionowanych gwiazdach występu: Motörhead i Iron Maiden. Mogłyby one zostać opisane jako „alternatywne” w przedpotopowym, właściwym tego słowa znaczeniu. Zespoły, zdawałoby się, z odległych krawędzi metalowego świata, a jednak łączy je niezależność, oryginalność i rzadka charyzma. Dwa dinozaury rocka, dla których czas się zatrzymał. Lemmy, jak zawsze niezawodnym głosem przypominającym maszynę do zrywania asfaltu (obficie podlewaną whiskey), zapowiedział występ swojego, kultowego już, zespołu tak krótko i tak prosto, jak trzydzieści lat temu: „Good evening, we are Motörhead and we play rock and roll!”. A potem zagrali to samo, tak szybko i tak mocno, jak zawsze. Bo Motörhead nie stosuje innowacji, klasycy ich nie potrzebują. Grał, gra i będzie grać w swoim, niezwykle emocjonalnym stylu. I może się nie podobać pewna „monotonia”, można narzekać na chrypiący wokal, który jest tak niski, że zbyt zlewa się z instrumentami… ale lepiej robić to z dala od wzmacniaczy i tłumu fanów.
Ponownie, sprzeciw może budzić specyficzna estetyka, zarówno oprawy jak i samej muzyki. Można rzucać oskarżenia o granie na „jedno kopyto”, o pewną tandetę… ale nie ma to większego sensu. Bo siłą tej muzyki jest trwała więź i szacunek do publiki, konsekwentne spełnianie oczekiwań, a przede wszystkim: kompletne szaleństwo i energia, które bardzo mi się przydały u progu sesji. Mimo paru zarobionych siniaków. Piotr ByczkoZobacz także na portalu Kontra:
|









Niestety, Lemmy i spółka grali dość krótko, ledwie rozbudziwszy apetyt zeszli ze sceny. Rozpoczęły się przygotowania do występu Dziewic. Oszczędną, niemal ascetyczną konferansjerkę Motörhead miały zastąpić ocierający się o kicz, przebogaty i upiorny show. Wkrótce scenę opanowali: miotający się na wszystkie strony jak przedszkolak z ADHD Dickinson, aż wyrywający się do publiczności, zagadujący między piosenkami i rzucający żartami; oraz wracająca w różnych wariantach maskotka-upiór Eddie, a to atakująca muzyków, a to grożąca publiczności. Ale na tym właśnie polega urok Iron Maiden: grają tak jak im się podoba i komu im się podoba, a wszelką krytykę czy oskarżenia celowo podjudzają, jednocześnie trzymając dystans i puszczając oko do swojej publiki. Stać ich na znoszenie niemal całkowitego bojkotu w mediach, bo wychowali już całe pokolenia fanów, którzy tworzą pewną szczególną, oddzielną społeczność nawet w środowisku miłośników muzyki metalowej.
Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!