| Dwa światy w Tatrach |
| Wpisany przez Piotr Byczko | |
| niedziela, 11 września 2011 20:02 | |
|
Cierpiąc z powodów bąbli, ścięgien i ogólnego zmęczenia materiału, po tygodniu obijania się po graniach i dolinach nieco dzikiego kraju, jakim jest Słowacja, zrobiłem sobie dzień odpoczynku i wpadłem do polskiej stolicy Tatr – Zakopanego. I było to doświadczenie zasługujące z całą pewnością na miano szoku kulturowego.
Przez ostatni tydzień przebywałem w najbardziej chyba turystycznym regionie Słowacji, gdzie hasło „jedalen zatvorene“, informujące nas, że w danym lokalu możemy się co najwyżej napić piwa, a o obiedzie możemy zapomnieć, nabiera charakteru dewizy lokalnej ludności. Sklepy puste, szlaki także, wydaje się, że portfele Słowaków też. A jednak ten dzielny naród opiera się inwazji swoich północnych, postrzelonych sąsiadów i ich dziwacznych zwyczajów. Wzdłuż całych Tatr, od Bielskich po Zachodnie, naliczyłem trzy stacje benzynowe otwarte po godzinie 20. O knajpach nie wspominam. Jedzenie jest średnio dwukrotnie droższe niż w Zakopanem i, nie czarujmy się, niezbyt smaczne. Dookoła Tatr jeżdżą busy, jednak, jak się okazuje, polskie. Ich rozkład jazdy można dostać w informacji turystycznej... w Zakopanem.
A po drugiej stronie granicy, dwadzieścia kilometrów od mojej bazy wypadowej, wokół skrawka ziemi zwanego Tatrzańskim Parkiem Narodowym, padają rekordy. Tyle a tyle tysięcy ludzi na Rysach. Dziesięć razy tyle w Dolinie Pięciu Stawów. Krupówki gęściej zapełnione turystami niż niejeden kurort nadmorski. Ciupagi, oscypki, bryczki, kina 3,5,7-D, stragany, hel do wdychania, wycieczki, spływy Dunajcem, knajpy, bary, kluby, busy, wypożyczalnie rowerów, lody... słowem, interes na interesie.
Wrażenie jest doprawdy niezwykłe, bo okolica wygląda jak przecięta nożem. Z Gładkiej Przełęczy, na którą wchodząc (17 km) spotkałem dwójkę ludzi, widać sławetną Orlą Perć, gdzie ludzie kłębią się jak w miejskim autobusie w godzinach szczytu. To pozwala zrozumieć, dlaczego polskie Tatry pamiętam tylko z wycieczek z rodzicami sprzed ponad dziesięciu lat, a Słowację odwiedzam co roku od kilku sezonów. Słowacy mieli wybór – zarobić, albo mieć święty spokój. Wybrali spokój, a ja trochę zazdroszczę im takiego podejścia.
Piotr ByczkoZobacz także na portalu Kontra:
|















Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!