|
...na oderwanie się od lektury chociażby na pięć minut. Nie wypuścicie książki z rąk aż do ostatniej strony. A słowa „koniec tomu trzeciego” obudzą w was nieopanowaną potrzebę wycia do księżyca przez pół nocy - o trzecim tomie sagi Jarosława Grzędowicza "Pan Lodowego Ogrodu", pisze Marta Ciesielska.
Na pamiętnym Pyrkonie 2k8 usłyszałam, że książka ukaże się najpóźniej jesienią tegoż roku. I faktycznie, ukazała się jesienią. Tylko że z rocznym opóźnieniem. Dodatkowo jest krótsza niż dwa poprzednie tomy!
I na tym należałoby zakończyć wyliczanie wad kolejnego tomu „Pana Lodowego Ogrodu”. Ten majstersztyk literatury fantastycznej wyszedł spod pióra Jarosława Grzędowicza. W czym właściwie tkwi fenomen całości? Czym tym razem zaskakuje nas autor? W historii, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie ma niczego skomplikowanego. Z Ziemi wysłana zostaje jednoosobowa ekspedycja (Vuko Drakkainen), aby naprawić burdel, jakiego narobiła ta wcześniej wysłana ekspedycja. Sprawa ulega drobnej komplikacji, kiedy nasz bohater w końcu tam dociera. Stopniowo zaczyna tracić cały drogocenny sprzęt, który ze sobą przyniósł. Zresztą, okazuje się, że w stadium rozwoju, na którym znajduje się planeta, często bardziej liczy się spryt i sprawnie działający mózg niż siła zdopingowanych mięśni. Choć i burdy zdarzają się nad wyraz często. W trzecim tomie zastajemy Vuko na lodowym statku, którym nie można sterować.
Drugi wątek wydaje się być jeszcze bardziej banalny – Filar, syn Oszczepnika, dziedzic Tygrysiego Tronu. Jego państwo zostaje ogarnięte kultem Pramatki i musi on uciekać z kraju. Spotykamy go w łapach Ludzi Niedźwiedzi, pojmanego i zniewolonego. Niezwykle łatwo jest przywiązać się do postaci, które zostały wyraźnie zarysowane charakterologicznie. Na swej drodze dwoje bohaterów spotyka indywidua, wbijające się w pamięć z mocą młota pneumatycznego, jak na przykład Lśniąca Rosą – wojownicza, bezwzględna baba wielkości małej ciężarówki bądź też towarzysząca Vuko Cyfral – twór jego niewątpliwie radosnej i dobrze wykształconej pod względem motywów literacko-filmowych wyobraźni, czyli wróżka rodem z Disney'owskich produkcji, będąca połączeniem Dzwoneczka z gwiazdą filmów porno.
Skoro już jesteśmy przy motywach – jeśli nazwiska takie jak Marlowe, Bosch, czy Breugel nic Wam nie mówią, najpierw odpalcie wyszukiwarkę i sprawdźcie kim właściwie są. Grzędowicz bowiem odsyła nas do niezwykle obszernej wiedzy, związanej nie tylko z literaturą i malarstwem, ale także filmami, szczególnie gdy ludzie, po których przybył Vuko, zaczynają bawić się magicznymi uroczyskami, odwołują się do znanej im rzeczywistości. Warto zwrócić uwagę na opisy miejsc, ludzi, nawet poszczególnych przedmiotów. Szczególnie polecam podczas lektury wzmożoną ostrożność, gdy pojawiają się opisy rzeczy niesamowitych, takich jak lodowy drakkar, wyposażony w sanitariaty i kuchenkę. Język jest płynny, przejrzysty i przede wszystkim nie stłamszony kolokwializmami, uproszczeniami i krótkimi, płaskimi zdaniami. Grzędowicz jest jednym z tych pisarzy, którzy nawet ladacznicę opisują z odpowiednią klasą, przy pomocy dobrze dobranych słów. Może i książka ma błędy, może nie jest perfekcyjna. Z czystym sumieniem jednak mogę stwierdzić, że w roku 2009 nie przeczytałam lepszej książki fantasy. Historia czaruje, mami, przyciąga. Język zachwyca i w natłoku chłamu, cienizny literackiej i zubożenia leksykalnego nie tylko przeciętnego człowieka, ale również pisarzy czy tłumaczy, zdecydowanie się wyróżnia. Polecam Wam nie tylko „Pana Lodowego Ogrodu”, ale też samego Grzędowicza jako człowieka, na którego książki warto czekać.
Marta Ciesielska
Zobacz także na portalu Kontra:
|