| Po wakacyjnej lekturze... nadchodzi zima! |
| Wpisany przez Piotr Byczko | |||
| czwartek, 01 września 2011 19:05 | |||
|
Zdaję sobie sprawę, że tłumaczenie książek, zwłaszcza tak obszernych, to nie przelewki, ale zrażony ostatnimi reedycjami Vonneguta czy Haszka w nowych tłumaczeniach, zacząłem podejrzewać, że nadmiar absolwentów uczelni wyższych przekłada się już na wzrost ilości i spadek jakości tłumaczy. Także: Umiesz- czytaj w oryginale! Nadeszły (jakiś czas temu) wakacje, więc postanowiłem nadrobić swoje zaległości w dziedzinie fantastyki, i złapałem się za imponujących rozmiarów serię „Pieśń Lodu i Ognia“ Georga R.R. Martina, rozsławioną ostatnio serialem BBC opartym na jej pierwszym tomie „Gra o Tron“.
Na samym początku muszę zaznaczyć, że pewien problem sprawia mi rozbieżność jakościowa pomiędzy pierwszymi tomami czytanymi po polsku, a ostatnim, „A Dance with Dragons“, którego nikt jeszcze nie przetłumaczył... Holender, albo przez ostatnie lata pan Martin znacząco podszlifował swój warsztat literacki, albo nasz rodzimy tłumacz, pan Paweł Kruk, niespecjalnie daje sobie radę ze swoją pracą. Zdaję sobie sprawę, że tłumaczenie książek, zwłaszcza tak obszernych, to nie przelewki, ale zrażony ostatnimi reedycjami Vonneguta czy Haszka w nowych tłumaczeniach, zacząłem podejrzewać, że nadmiar absolwentów uczelni wyższych przekłada się już na wzrost ilości i spadek jakości tłumaczy. Także: Umiesz- czytaj w oryginale! Bo, moim zdaniem, polskie wydanie jest uboższe o całą masę subtelności i aluzji, którymi przesycone jest pisarstwo Martina.
Skoro mówimy o cyklu fantasy, skupmy się na początek na świecie powołanym w nim do życia. Autor ucieka od błędu, który stał się udziałem wielu jego kolegów po fachu, to jest od przesadnego „nasycenia“ swojego świata magią. Kontynent Westeros, na którym skupia się większa część akcji powieści, przypomina powiększoną Wielką Brytanię wieków średnich, gdzie pod władzą Żelaznego Tronu zjednoczono nie cztery, a Siedem Królestw. Magia, smoki i inne tego typu wymysły istnieją już od wieków tylko w legendach i przesądach, a jedynym Krasnalem jest tu zapijaczony i pyskaty Tyrion Lannister – wysoko urodzony lord, który miał pecha urodzić się karłem. Jedyny szkopuł, to popaprany klimat. Zimy następują tutaj w nieregularnych odstępach czasu, a są tak surowe, że są wydarzeniem niemal mistycznym. Dopiero po dłuższym czasie rzeczywistość okazuje się płatać racjonalistom liczniejsze, coraz częściej powtarzające się figle.
Kolejna cecha charakterystyczna to cała masa postaci, które nazwać można „pierwszoplanowymi“. Bynajmniej nie zapewnia im to jednak nieśmiertelności, odporności na trwałe uszkodzenia ciała, ani zdolności bezbłędnej oceny sytuacji, jak to się często zdarza w literaturze, nie tylko fantasy. Śmierć Eddarda Starka, która wywołała takie oburzenie wśród widzów serialowej adaptacji serii to tylko przedsmak rzezi. Z drugiej strony Martin lubi niedomówienia, i często po trzystu stronach okazuje się, że bohater, którego dawno już odżałowaliśmy, jednak wykaraskał się z objęć kostuchy. Wśród głównych bohaterów znajdzie się piątka młodych Starków, lordowskich wkrótce-sierot z północy, ich przyrodni brat – bękart, wspomniany Krasnal, co ciekawe, wydawałoby się „ostatni przyzwoity“ z rodu Lannisterów – głównych rywali Starków w nadchodzącej wojnie domowej, oraz Daenrys – wygnana, nieletnia córka obalonego kilkanaście lat przed akcją książki króla Aerysa. Szczególnie interesujące jest przeplatanie punktów widzenia akcji powieści tych, i wielu innych postaci. Z upływem stron, rozdziałów i tomów coraz mniej pewni jesteśmy komu tak naprawdę należałoby kibicować, a dotychczasowi gracze pierwszoplanowi okazują się być tylko marionetkami.
Cholerstwo grube niesamowicie, i czasochłonne, ale wciąga jak diabli, również ze względu na irytującą manierę kończenia rozdziałów w najbardziej dramatycznych momentach. Dodatkowo frustrujący jest fakt, że do kolejnego rozdziału związanego z tą postacią czeka nas zwykle ponad sto stron poświęconych komuś innemu. Przez to czasami odnosiłem wrażenie, że akcja nieco przystaje w miejscu. Mimo to, posiadającym słabą wolę miłośnikom gatunku radzę chwycić za tę wkrótce-klasyczną pozycję czym prędzej, póki sesja nie majaczy na horyzoncie. Pozostałym natomiast polecam źródło inspiracji Martina, „Królów Przeklętych“ Maurice Druona, których nowe wydanie (mam nadzieję, że nie nowe tłumaczenie) widziałem ostatnio w Empiku. Krótsze, lepiej napisane, i „zdarzyło się naprawdę“. Piotr ByczkoZobacz także na portalu Kontra:Tags:
|











Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!