|
Mogę zaśpiewać, zagrać, powiedzieć to, co mam do powiedzenia. Zobaczyć ludzi, którym się to podoba. Nie ma nic piękniejszego dla artysty. Poczuć, że to, co się robi ma sens – mówi Lena Romul, finalistka IV edycji „Mam talent!”, saksofonistka z Poznania.
KONTRA: Jesteś szczęśliwą finalistką, jedną z dziesięciu. Czy idąc do „Mam talent” myślałaś o tym, że dojdziesz do samej mety? Lena Romul: Nie myślałam, że dojdę aż tak daleko. Szczerze, miałam nadzieję, że przede wszystkim uda mi się pokazać na pierwszym castingu. Chciałam pokazać to, co robię w życiu. Udało mi się i sprawia mi to radość.
- To jest twój cel uczestniczenia w programie? - Tak, to jest cel – zaprezentować siebie. Potem, kiedy wyjdzie mój materiał, na co liczę, chciałabym, żeby ludzie to identyfikowali z tą samą dziewczyną, którą mogli zobaczyć w programie.
- Materiał? Jakaś płyta? - Od kilku miesięcy nagrywam płytę. Te dwie rzeczy były połączone ze sobą – płyta i program.
- Mam zapisane twoje słowa: Kiedy naprawdę staram się o cel i wartość życia, dopiero wtedy czuję się człowiekiem, bo wiem, że nie umarłam. Czy do tego celu dochodzisz poprzez muzykę? - To jest zdanie sprzed dwóch lat, ale w dalszym ciągu się z nim identyfikuję. Podobnie jak cytat Osho: „Twórz swoje życie i bierz za nią pełną odpowiedzialność”. Zauważyłam, że od kiedy kieruję się tą zasadą, wiele rzeczy naprawdę się spełnia. Wszechświat odpowiada na pragnienia, które się do niego wysyła.
- Program „Mam talent” pomaga ci w realizowaniu siebie, Twoich ambicji? - Pozwala mi pokazać ludziom to, co robię, moją własną twórczość. Będę mogła osobiście, ja - jako Lena, zaprezentować światu, co przeżywam i jakie mam emocje w sobie. Muzyka pozwala mi te emocje wyrazić. Dlatego właśnie tym w życiu się zajmuję.
- Muzycznie jesteś związana z trzema miastami. - Tak, w Poznaniu skończyłam szkołę muzyczną. W pewnym momencie równocześnie studiowałam dziennie saksofon we Wrocławiu i wokal w Warszawie. To był szalony pomysł.
- I tak jeździłaś po Polsce? - Tak, często to był pociąg relacji Wrocław-Poznań, nocleg w Poznaniu, potem podróż do Warszawy. Znowu Wrocław, Warszawa, Poznań… W międzyczasie byłam na trasie koncertowej z Wojtkiem Pilichowskim. Zagrałam ponad sto koncertów. Praktycznie cały czas byłam na walizkach. Nigdzie się nie osadziłam. Dopiero teraz zdecydowałam się na Warszawę jako główne miasto zamieszkania. Nie żałuję tej decyzji.
- Lubisz Warszawę? - Bardzo.
- Mówi się, że to brzydkie miasto. - Miasto to ludzie.
- A Warszawiacy? - Warszawiacy są cudowni. Mają ciekawą historię i przede wszystkim, bardzo zwracają na to uwagę. Ludzie są przez to bardzo polscy. Widoczny jest też miks kulturowy. Wsiadasz do metra, słyszysz różne języki i widzisz różne kolory skóry. Cudne, różnorodność. Poza tym wielość wydarzeń kulturowych. Dobrze mi się tam mieszka z perspektywy tego, co teraz robię. Nie wiem, co będzie za trzy lata, ale na tym etapie jest to najlepsze miasto.
- Poznań, Wrocław, czy Warszawa? Które miasto ukształtowało cię muzycznie? - Oczywiście Poznań. To jest miasto, które mnie ukształtowało, czego nikt mi nie zabierze. To jest miasto, do którego kiedy wracam, wysiadam na dworcu, wiem, w którą ulicę iść. To jest miasto, do którego się wjeżdża, wyjmuje się telefon, można zadzwonić do tych kilku osób, które są i pamiętają, zawsze znajdą czas. Lubię Poznań za to, jak mnie ukształtował.
- Zostałaś nagrodzona na wielu festiwalach. - Dla mnie osobiście największe znaczenie miała I-sza nagroda na XXXIII Konkursie JAZZ JUNIORS w 2009 r. Jeździłam trzy razy na ten konkurs, w 2007 r. dostałam wyróżnienie, w 2008 r. zajęłam III miejsce. Stwierdziłam, że w 2009 r. jadę ostatni raz.
- W końcu się udało? - Tak, wtedy pojechałam po raz pierwszy ze swoim składem (Lena Romul Quintet – przyp. red.). Wiem doskonale, że ten zespół nie był najlepszy technicznie ze wszystkich. Chciałam pokazać to, co robię. To przekonało komisję.
- Między innymi Leszka Możdżera? - To, jaka była komisja było dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Będąc ocenianą przez Leszka Możdżera, Adama Pierończyka, Macieja Obary, poczułam, że ktoś daje mi szansę. Zaprezentowałam się z tego, kim jestem.
- Wygrałaś jako pierwsza kobieta w historii konkursu. - Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że mogę być udziałem w historii. Dopóki nie wystąpiłam, nie doceniałam wagi sytuacji. Jak organizatorzy powiedzieli mi po wynikach, że to jest pierwszy raz, kiedy wygrała kobieta – lider, wzruszyłam się maksymalnie.
- Kobieta z saksofonem chyba się wyróżnia. - No właśnie. Nie jest popularne, że kobiety zajmują się instrumentami, grając muzykę jazzową lub rozrywkową.
- Jest to jakaś dodatkowa satysfakcja? - Dla mnie sam konkurs był ważnym wydarzeniem. Odważyłam się mieć swój skład i zaprezentować twórczość. Zresztą to był świetny skład, cudowni chłopcy.
- Jesteś inicjatorem wielu projektów. Co z zespołem Lena Romul Quintet? - Tak, Quintet nie istnieje, bo ta nazwa określała konkretny skład ludzi. Teraz mam inny projekt - Instynktownie. Jak zakładałam zespół, ciągnęło mnie do pisania utworów. To była moja przygoda, próba przekazania tego, co we mnie siedzi. Nawet jeśli to będzie quasi jazzowe. Chciałam zobaczyć, jak to będzie odebrane i czy w ogóle „wolno mi” pisać swoje rzeczy. Chciałam spróbować, ahoj przygodo!
- Skąd pomysł o zgłoszeniu się na casting do „Mam talent”? Dlaczego dopiero IV edycja? - Startowałam też w III edycji, ale się wycofałam. Uznałam, że to nie jest jeszcze ten moment. Wystraszyłam się. Stwierdziłam, że telewizja to jednak duże medium, które będzie ode mnie wymagało tego, że mam coś zaprezentować światu. Rok później doszłam do wniosku, że to chyba może być ten moment.
- To była dobra decyzja? - IV edycja dobrze zgrała się w czasie. Mam odwagę robić swoją muzykę na poważnie, nie eksperymentalnie. Bardzo w nią wierzę, oddałam się jej. Aktualnie przygotowuję projekt Industrialnie, związany z miastem. Nagrywam płytę, mocno elektroniczną. Chciałabym ją wydać w 2012 roku.
- Określasz siebie poprzez słowa: Czasem, jak się jest tak bardzo w sobie, to ciężko zobaczyć świat zewnętrzny. - Kiedyś spędzałam całe dnie ucząc się nut, historii muzyki. Teraz mam etap przeżywania różnych rzeczy, zauważania świata zewnętrznego. Samo granie wynikające z zamknięcia się w sali może być trochę puste. Dzięki przeżyciom ma się historie do opowiadania.
- Dlaczego akurat saksofon? - Myślę, że zawsze chciałam śpiewać. Wybór skrzypiec i saksofonu to, mimo wszystko, spójna droga. Obydwa instrumenty to instrumenty solowe, grające jedną melodię. Wokal to jakby to samo. Nadal człowiek ćwiczy się w melodiach. Saksofon to instrument, który śpiewa sam w sobie, jest związany z oddechem. Tego, czego nie wyśpiewam słowami, zagram na saksofonie. To, czego nie jestem w stanie opowiedzieć grając na saksofonie, mogę zaśpiewać. Te dwa elementy się ze sobą łączą.
- W półfinale pojawił się fortepian. - Tak. Lubię też stroić perkusje. Gdyby ktoś spytał mnie o hobby, to strojenie bębnów nazwałabym swoją pasją, hobby.
- Tylko stroić? - Słabo gram na perkusji. Uwielbiam stroić werble. Kocham to. Koledzy dzwonią do mnie przed koncertami, pytają, czy im ich nie nastroję. To jest takie oderwanie się od moich instrumentów.
- Jak długo grasz? - Skrzypce zachwyciły mnie jako małą dziewczynkę. Już w przedszkolu lubiłam śpiewać. Zawsze znałam wszystkie piosenki z radia. Nucę sobie podświadomie pod nosem. Zawsze to wszystkich irytowało.
- Długo wybierasz piosenki, które wykonujesz w „Mam talent"? - Oczywiście, że tak. Piosenka musi się ze mną łączyć. Podawałam propozycje, potem trzeba było wybrać. Śpiewając cover muszę czuć się wygodnie, żeby to dobrze wyszło. Nie jest łatwo śpiewać czyjeś utwory. Teraz, w finale, zdecydowałam się zaśpiewać utwór po polsku.
- Jakaś zmiana? - To jest jednak nasz język. Myślę, że śpiewając po polsku mogę być bardziej odebrana prawdziwie.
- Taka polskość, jaka jest związana z Warszawą? - Tak, tak, tak. Dokładnie. Teraz mam taki etap poszukiwania tego, co znaczy polskie w sztuce. Okres poszukiwania słowiańskości i odnajdywania jej w tych gatunkach muzyki, które przyszły do nas z Zachodu. Przenoszę to na polski grunt. To mnie ostatnio bardzo fascynuje. Słowiańskość znaczy dla mnie melodyjność.
- Co czujesz, stojąc na scenie? - To jest naprawdę fantastyczne uczucie. Wcześniej zdarzało mi się grać na festiwalach z tyłu sceny, jako muzyk tych osób, które grają na przodzie. Widziałam to z drugiej strony. Teraz sama mogę stanąć na środku i to poczuć. Mogę zaśpiewać, zagrać, powiedzieć to, co mam do powiedzenia. Zobaczyć ludzi, którym się to podoba. Nie ma nic piękniejszego dla artysty. Poczuć, że to, co się robi ma sens. Ludzie identyfikują się z tym, co chcę przekazać. Dużo osób kontaktuje się ze mną mailowo, piszą, że zrozumieli moją wrażliwość. Nie ma dla mnie nic cenniejszego. Lubię duże sceny, to jest piękne. To jest to, o czym marzyłam.
- Pani Agnieszka Chylińska jest zachwycona twoimi występami. - To dla mnie zaszczyt, że pani Agnieszka wspiera mnie w komentarzach. Szanuję ją jako artystkę, znam doskonale jej twórczość. Oczywiście nie wolno nam, jako uczestnikom, kontaktować się z członkami jury. Wiele dla mnie znaczy to, że po moich występach, stojąc na scenie, mogę widzieć w jej oczach zachętę i wsparcie do tego, co robię.
- Dodatkowa motywacja. - Bardzo duża. Pani Agnieszka Chylińska jest dla mnie autorytetem muzycznym. Dlatego nie chciałam wziąć udziału w takich programach jak X-Factor. Nie chciałam być w żaden sposób sterowana, pod względem repertuaru. Chciałam się pokazać jako muzyk, jako ktoś, kto ma coś do powiedzenia. Cieszę się, że na taką komisję trafiłam. Piękne było dla mnie to, że zarówno pani Agnieszka Chylińska, jak i Małgorzata Foremniak, zauważyły moją zmianę. Przyjęłam uwagi skierowane w moją stronę podczas castingu. Półfinał był bardziej występem, a nie tylko pokazaniem się.
- Jak przyjmujesz uwagi pana Roberta Kozyry? - Wiadomo, jest też pan Robert, który zarzuca mi pewne błędy związane z emocjami. Jestem młodą osobą, być może muszę jeszcze trochę przeżyć, żeby dotrzeć do pewnej grupy odbiorców. Przyjmuję to, staram się analizować to, co powiedział, wyciągać wnioski. Jest głosem części społeczeństwa, której może przeszkadzać to, co robię. Warto się dowiedzieć, dlaczego. Krytyka ma pomagać i warto ją przeanalizować, a nie puszczać mimo uszu.
- W finale pojawi się jakiś nowy element, którego nie było wcześniej? - Nie, wrócę do formuły z pierwszego castingu. Zaśpiewam i zagram na saksofonie altowym. Chcę wrócić do tego, jaka przyszłam do programu, ale już troszeczkę odświeżona poprzez to, co w „Mam talent” przeżyłam. Także chyba wracam do bazy.

Rozmawiał DAWID LEMANOWICZ
Źródło zdjęcia: Album artystki, Leny Romul
Zobacz także na portalu Kontra:
|