| Bez pozytywnych wzorców |
| Wpisany przez Marta Ciesielska | |||
| czwartek, 17 listopada 2011 23:31 | |||
|
Historia Lady Makbet, kobiety samodzielnej, zbyt ambitnej, pchającej innych do zbrodni, a jednocześnie niezwykle wrażliwej i podatnej na wpływ emocji, jest każdemu, kto choć liznął Szekspira, doskonale znana. Dlatego bez zbędnych ceregieli przejdę od razu do opery Dymitra Szostakowicza stworzonej na podstawie noweli Nikołaja Leskowa. Jej premiera odbyła się w 1934 roku w Teatrze Małym w Leningradzie i ponoć sam Stalin w anonimowej recenzji sprowadził ją do poziomu niesmacznej pochwały seksualizmu. Zarzucano autorowi pornografię i szybko zniesiono operę z desek teatru. Bohaterka, Katarzyna Izmajłowa, jest znudzoną życiem kobietą, której małżeństwo jest jednym wielkim nieporozumieniem: teść próbuje się do niej dobierać, a ona jest niezaspokojona i niezrozumiana jednocześnie. Nic więc dziwnego, że szybko ląduje w ramionach twardego, męskiego Siergieja. Jak łatwo się domyślić, prowadzi to do tragicznej zbrodni, którą jednak trudno oceniać jako naganną w świecie, gdzie nawet pop chodzi wiecznie pijany i nie ukrywa się ze swoją słabością do płci przeciwnej. Jednak zepsucie świata otaczającego Katarzynę nie jest jedynym czynnikiem sprzyjającym, może nie tyle usprawiedliwianiu, co akceptowaniu, jej zachowania. Jako odbiorca opery rozumiałam uczucia, które targały tytułową Lady Makbet. Zagubienie, poczucie samotności i wewnętrznej pustki, braku celu w życiu, potęgowane przez niemożność posiadania dziecka. Wszystko to mogło zagłuszyć jedynie uzależniające uczucie do mężczyzny, dla którego gotowa była poświęcić wygodne, choć nudne, życie kupcowej.
Te wszystkie rozdzierające uczucia doskonale oddała odtwórczyni roli Katarzyny, Natalia Kreslina. Kreuje postać z krwi i kości, z pozoru twardą i obojętną, w środku jednak złaknioną uczuć i wrażliwą. Zresztą, stopniowa przemiana – opuszczenie gry pozorów i barier – dokonuje się na oczach widza. I niestety, przemiana ta tylko potwierdza, że pragnienia bohaterki – z jednej strony życia w ciągłych namiętnościach, z drugiej doświadczenia życia szczęśliwego, to doskonały przykład konfliktu tragicznego. Podobnie działał na mnie głos Sergey Naydy, odgrywającego postać kochanka. Jego szorstka twardość, obłudne komplementowanie kobiecych wdzięków, tak silnie uderzające, bo już po niezwykle brutalnej scenie gwałtu na Bogu ducha winnej służącej, działają jak wiadro zimnej wody. Śpiewak bez problemu przechodzi od obłudnie miłego, słodkiego tonu komplementu, ku szyderczemu sykowi nienawiści. I o ile o Katarzynie można powiedzieć, że w swych pasjach i popędach, choć przerażająca, jest szczerza, o tyle Siergiej jest postacią do cna złą, bo nieszczerą. Kieruje się tylko i wyłącznie popędami, chęcią nakarmienia wybujałego ego. Tym rozterkom towarzyszy porażająca muzyka, równie postrzępiona i pełna napięcia, co Katarzyna. Dyrygent Gabriel Chmura i grająca pod jego nadzorem orkiestra dwoili się i troili, aby oddać jak najdokładniej emocjonalny szał, który rozgrywał się na scenie. Czasami coś zgrzytnęło, coś poszło w złą stronę i gdzieś jakaś niesforna nuta uciekła, jednak jako laik oceniam całość na mocną czwórkę z plusem. A to głównie dlatego, że nie należę do fanów ostro ciętych, postrzępionych dźwięków i momentami były one trudne do wytrzymania. Jest jednak jedna rzecz, która dosłownie powaliła mnie na łopatki. Mianowicie – plastyka sceny. Nie chodzi mi tutaj o dekoracje, które nawiasem mówiąc zmieniane były dość nieumiejętnie i opieszale, ale o sposób grania przestrzenią. Zamykanie i otwieranie drewnianych zasłon, komponowanie tego, co widoczne na scenie i ograniczanie pola do niewielkiego kwadratu, w którym widnieje tylko jedna postać, wszystko to doskonale oddawało duszną atmosferą osaczenia. Również manipulacja światłocieniem jako sposób podkreślenia niejednoznacznego charakteru głównej bohaterki zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie. Dlatego tak, jak przy „Madame Butterfly” czasami po prostu zamykałam oczy, aby oddać się subtelnym dźwiękom, tak tutaj chłonęłam warstwę wizualną i przy każdej zmianie tonacji muzycznej, oczekiwałam również ciekawego tańca świateł. Jacek Marczyński w swojej recenzji napisanej dla „Rzeczpospolitej” używa w stosunku do Lady Makbet określenia „arcydzieło”. Ja jednak nie pokuszę się o tak wielkie słowa. Owszem, jest to opera ludzkich emocji, dająca wiele do myślenia. Jednakowoż momenty silnego nasycenia erotyzmem, jak chociażby scena gwałtu, są przeciągnięte. Momentami aż trudno nie odwrócić wzroku od okropieństw, dziejących się na scenie. I nie mówię tak dlatego, że jestem „nobliwym” widzem, jak sugeruje autor. Chodzi bardziej o to, że po szeregu ohydnych, przykrych scen, opera nie daje cienia nadziei na lepsze czasy. Las nie podchodzi pod zamek, aby obalić rządy tyrana. Na horyzoncie nie ma nawet cienia szansy na nowy dzień. Zarówno Lady Makbet, jak wszystkich innych bohaterów, otacza ciemność, której nie da się rozwiać. Marta CiesielskaŹródło zdjęcia: Strona Teatru Wielkiego Zobacz także na portalu Kontra:
Tags:
|








W operze „Lady Makbet mceńskiego powiatu”, której premiera odbyła się 10 listopada w Teatrze Wielkim w Poznaniu, nie ma bohaterów pozytywnych. Ale są ludzie targani skrajnymi emocjami, ludzie zezwierzęceni i tacy, którzy aby cokolwiek poczuć, posuwają się do najgorszych zbrodni. A widz, mimo odczuwanego wstrętu, jest w stanie to zrozumieć. I to przeraża.
Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!