| Serialowa rzeźnia także dla wegetarian |
| czwartek, 24 listopada 2011 12:12 | |||
|
Co tu ukrywać, filmy pełnometrażowe, choć istnieją te wybitne i te całkiem przyzwoite wyjątki, w wyścigu o zainteresowanie widza zaczynają mieć sporą konkurencję. Pamiętamy czasy, gdy codziennie, z zapartym tchem i zapasem chusteczek, oglądaliśmy meksykańskie opery mydlane. Wśród mniej egzotycznych wspomnień znajduję kryminalne i sensacyjnie produkcje o gliniarzach i prokuratorach i komedie o owłosionych kosmitach zjadających koty. Seriale. To one stają się nowym filmem, przynajmniej jeśli chodzi o ich perfekcyjne przygotowanie pod względem scenariuszowym, zdjęciowym i strategicznie dopasowaną obsadą. Estetyka niektórych jest balsamem dla oczu, doskonały soundtrack tym samym dla uszu, a wartka akcja wyczerpuje nasze zapotrzebowanie na adrenalinę. Niewskazane stać się niewolnikiem taśmowców, ale niektórych tytułów po prostu grzech nie zobaczyć.
Zwróciłam uwagę na wiarygodny system pracy policji w Seattle, bo ponaddźwiękowej prędkości działania brak, a wyposażenie komisariatu sprowadza się do komputera z dostępem do Internetu i podstawową bazą danych z wydziałów kryminalnych, papierowych kartotek, ręcznych notatek, telefonu i pudeł z materiałem dowodowym. Żadnych tam technologii przyszłości i ekranów przesuwanych jak w „Raporcie Mniejszości”. Słowem policja musi się natrudzić i bez pomocy amerykańskich satelitów namierzyć osoby zamieszane w zabójstwo. Co jeszcze w serialu ciekawi? Ano oszczędne, acz bardzo klimatyczne zdjęcia utrzymane w kolorystyce mglistej i deszczowej aury Seattle, które dodają powagi, mroku i wzmagają chęć przedarcia się przez te szarości, aby poznać prawdę. Ponadto w serialu spotykamy nowe twarze aktorów raczej mało znanych z kolorowych pism, co więcej, nie są ponadprzeciętnie piękni i dotknięci czarodziejską różdżką chirurgów plastycznych, co dodaje świeżości produkcji. Oglądając serial, ma się wrażenie, że obraz jest zainspirowany kultowym Twin Peaks, co działa tylko na jego plus. Podobnie, jak wprowadzająca nastrój niepokoju muzyka, którą stworzył duński kompozytor, Frans Bak. A, że w USA wielu wybitnych Polaków mieszka i działa, to naszym rodzimym akcentem jest fakt, że reżyserką kilku odcinków była Agnieszka Holland (odpowiedzialna za „Tajemniczy ogród” czy ”Całkowite zaćmienie”).
Druga produkcja, także poniekąd związana z policyjną aktywnością to serial z pogranicza thrillera i horroru ze szczyptą humoru i sporą dozą dramatu. Mowa o „The Walking Dead”. Wielka jest moja radość z faktu, iż dotąd nie przetłumaczono tytułu. Bo jak miałby on brzmieć? Teoretycznie dałoby się dobrać słowa tak, by miało to sens, brzmiało groźnie i jeszcze się sprzedało, ale mając złe doświadczenia z polskimi dystrybutorami, którzy robią krzywdę naprawdę niezłym filmom sprowadzając je zawsze do miłości (nie, żeby nie była wartością samą w sobie), zakochania i tańca, odetchnęłam z ulgą. W oryginalnych odsłonach serialu pojawia się bowiem określenie zombie, a w innych, śmieszne spolszczenie ‘szwędacze’, dlatego błogosławmy wstrzemięźliwość i brak fantazji osób odpowiedzialnych za wydanie nam tegoż serialu. Zastanówmy się, dlaczego samochody stoją na autostradach, domy są otwarte, szpitale spalone, wszędzie leżą zwłoki i porozrzucane przedmioty, a gdy tylko wychylisz nos z kryjówki, goni cię stado połamanych, szarych, obleczonych w szmaty Byłych Ludzi, którzy patrząc na ciebie pustym wzrokiem, widzą pieczyste albo tatara? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno za wszystkim stoi apokalipsa, śmiercionośny wirus albo przerost ludzkiej ambicji. Wszystko po trochu składa się na przyczyny wyludnienia Atlanty, w której rozgrywa się akcja serialu. Głównym bohaterem jest zastępca szeryfa, Rick Grimes (Andrew Lincoln, znany z „To właśnie miłość”), który po nieudanej obławie, w wyniku ran postrzałowych, trafia do szpitala w stanie śpiączki, a gdy się budzi, jest całkowicie sam. No, może poza trzema tuzinami zombie w piwnicach budynku i całą resztą szukającą czegoś na ząb. Udaje mu się jednak zbiec (ach, to policyjne wyszkolenie). Osłabionego Ricka znajduje mężczyzna, który zabunkrowany w domu, wprowadza go w szczegóły obecnej sytuacji, uzmysławiając, że to, co krąży teraz po ulicach miasta i jego peryferii z pewnością nie jest już populacją ludzi. Rick mając nadzieje, że jego żona i syn przeżyli ową apokalipsę, udaje się na poszukiwania. To, co zobaczy, przejdzie jego wyobrażenie o powstaniu z martwych. Primo: wszędzie chodzące trupy, do których trzeba strzelać w głowę, bo choć nie żyją, to pewna część ich mózgu pozwala na chodzenie i domaga się pożywienia. Tak więc jak to w horrorach ma miejsce – dużo mięsa walającego się tu i tam, rozpryskujące się mózgi i flaczki w zalewie. Mogłoby się wydawać, że tandetne zagranie, ale nie mogę się zgodzić. To kawał dobrego widowiska, a bebechy są nader realistyczne i przekonują do przejścia na wegetarianizm. Charakteryzacja jest powalająca, choć niechętnie przyznam, że jeśli chodzi o zombie, zawsze wydawało mi się, że chodzą nieco wolniej, ale być może miało to posunąć akcję do przodu. Ponoć statyści ich grający przed rozpoczęciem zdjęć, przechodzili kurs prawidłowego chodzenia. Secundo: Rick, po spotkaniu grupy ocalałych i przyłączeniu się do nich, przejmuje dowodzenie. Już na tym etapie da się zauważyć walki osobowości w grupie, różne motywy działań i choć zabrzmi to górnolotnie, głębię psychologiczną bohaterów. Wzmaga się to, gdy docierają do obozu za miastem, gdzie stacjonuje reszta grupy. Wśród nich jest Lori, żona Ricka (znana ze „Skazanego na śmierć”, Sarah Wayne Callies) wraz z synem, a także jego policyjny partner Shane (Jon Bernthal). Tertio: chaos, upadek cywilizacji, wyznawana zasada: znalezione- nie kradzione, chęć ochrony życia za wszelką cenę, niebezpieczeństwa nie tylko ze strony zombie, ale też swoich współtowarzyszy, wszechogarniający strach. Każdy, kto zobaczy kilka odcinków skojarzy zdjęcia opustoszałego (pomijając zombie), miasta z filmem „Jestem legendą”, a układy, przyjaźnie i kliki tworzące się wśród ocalałych, wahania, podejmowane decyzje, narażanie życia i próbę przetrwania, pewnie uzna za ukłon w stronę „Lost. Zagubionych”. Ale serial powstał w oparciu o komiks o tym samym tytule, autorstwa Roberta Kirkmana. Co więcej został zrealizowany wiernie, a wątki rozbudowane na potrzeby ok. 45 minutowych odcinków. W serialu mieszają się więc krew, pot i łzy. A bardziej konkretnie – mamy historię Ricka i jego rodziny (żona jest nieco denerwująca, ze swoim stereotypowym „nie wiem czego chcę”, a sam Rick najwyraźniej nie może się pozbyć policyjnego kapelusza), dwóch sióstr, latynoskiej rodziny, prymitywnego motocyklisty-tropiciela (druga połowa „Świętych z Bostonu”, Norman Reedus), emeryta w przyczepie kempingowej, który wie dużo więcej niż inni, rozgarniętego Azjaty czy maltretowanej przez męża kobiety. Ocalali nieustannie szukają bezpiecznego miejsca, aby przez chwilę poudawać, że ich życie niczym nie różni się od tego, sprzed ataku epidemii. Bez wątpienia serial brutalny, ale czy bardziej niż chłamowate produkcje kinowe? Trudno określić, pewne jest, że trzyma poziom swojej kategorii, ma ciekawą fabułę, co rusz nowe wątki i angażuje widza, bo nie dość, że trzeba uważać czy zza zakrętu nie wynurza się zombie, to jeszcze człowiek czuje się zobligowany do kontroli, który z bohaterów jest już zarażony, a ponadto stosunki między nimi są na tyle pokręcone, że ma się rozrywkę przez cały seans. Wszystkim, którzy stwierdzą, że to kolejna masówka, przedstawiam grono osób współtworzących serial, są nimi m.in. Frank Darabont, reżyser „Siódmej mili” czy „Skazanych na Shawshank”, zdjęcia, to robota gościa, którego twórczość mogliśmy obserwować w „Gwiezdnych wojnach”, „Larze Croft” i jednej z przygód agenta 007, a produkcją zajęli się ludzie odpowiedzialni za „Terminatora”, „Obcego” i „Armagedon”.
Kasia KęsickaZobacz także na portalu Kontra:
|









Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!