| Ki – bohaterka na miarę XXI wieku? |
| Wpisany przez Marta Ciesielska | |||
| niedziela, 23 października 2011 12:16 | |||
|
Podobnie jak schematyczne pokolenie XXI wieku, Ki na pierwszy rzut oka jest pustą, głupkowatą dziewuszką, której zdarzyło się urodzić dziecko. Dwuletni Pio, który wygląda jak niedorozwinięty pięciolatek, jest kochaną kulą u nogi i sposobem na wyciąganie pieniędzy od urzędasów. A do tego nieszczęście porodu staje się inspiracją do „ambitnej” twórczości bohaterki. Film jest mocno słaby, bardzo niedopowiedziany i najzwyczajniej w świecie naiwny. Odnoszę wrażenie, że reżyser (i scenarzysta zarazem) Leszek Dawid sam do końca nie wiedział, co chce widzowi przekazać. Mamy więc główną bohaterkę – Ki – dziewczynę bezmyślną, niby-wrażliwą pseudoartystkę z humorami, która uwielbia robić naokoło siebie bałagan, a winą za chaos panujący w jej życiu obarcza syna, dwuletniego Pio. Nawiasem mówiąc, byłam w szoku, kiedy w produkcji padł wiek dziecka. Żaden znany mi dwulatek nie jest tak wielkim dzieckiem, choć faktycznie wiele porozumiewa się na zbliżonym do Pio poziomie. Byłam przez większość filmu przekonana, że powodem nieszczęścia bohaterki jest fakt posiadania niedorozwiniętego 5-latka, a tutaj szok – dziecko jest normalne, tylko najzwyczajniej w świecie zaniedbane. Wracając jednak do głównej bohaterki, Ki próbuje znaleźć siebie i nie daje zamknąć się w szablonach. Usilnie pragnie wrócić do poprzedniego życia poprzez intensywne imprezowanie, beztroskie pomieszkiwanie u tracącej cierpliwość koleżanki, niezobowiązującą z jej strony znajomość z Mikołajem, tworzenie filmowego „dzieła” o nieszczęściu, jakie ją spotkało – czyli o byciu matką. Kiedy coś przestaje jej odpowiadać, rzuca to bez zastanowienia. Jedynym ograniczeniem, jakie narzuciło jej życie jest Pio. Dlatego jak tylko może, powierza go pod opiekę komuś innemu. Wykorzystuje ludzi naokoło siebie, a gdy ktoś da jej palec, bez zastanowienia sięga po rękę, aż w końcu odrywa naiwniakowi głowę. Typowo wampirycznie wykreowana postać budzi moją głęboką niechęć, co jest jedną z niewielu dobrych stron filmu – budzenie jakichkolwiek emocji. Teoretyczne Ki próbuje być samodzielna, praktycznie – przeskakuje z drzewa na drzewo i sama pod sobą podcina gałęzie, na których siada. Największą barierą, jeśli chodzi o odbiór kreacji Leszka Dawida, była urywkowość scenariusza. Zbyt wiele niedopowiedzeń, za gwałtowne zmiany akcji, szaleńcze tempo – wszystko miało złożyć się na oddanie charakteru głównej bohaterki, ale tak intensywne podporządkowanie produkcji pod Ki nie wyszło filmowi na dobre. Obraz odrzuca i z jednej strony to dobrze, ale to odrzucenie nie jest niechęcią pokroju „Placu Zbawiciela”, do którego pomimo wszechogarniającego smutku, chce się wrócić. To odrzucenie pełne obrzydzenia i zniechęcenia, po którym na pewno nie sięgnę po „Ki” po raz drugi. A to dlatego, że w Ki nie ma nic do zrozumienia. Ona po prostu jest pędem, ruchem, destrukcją i wyzyskiem. I widz albo może poczuć się jakoś związany z tymi uczuciami, albo odrzucić proponowany przez twórców schemat postępowania jako nieakceptowalny. Marta CiesielskaZobacz także na portalu Kontra:
|








Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!