| Quo vadis, Popkulturo? |
| Wpisany przez Marta Ciesielska | |||
| wtorek, 27 września 2011 15:38 | |||
|
Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy seriale realizowane były jako „gorsze filmy z mniejszym budżetem", ludzie słysząc "serial” parskali śmiechem. Oglądały je mamy, większość z trudem rozróżniała telenowelę od opery mydlanej, a widzowie wszystko wrzucali do wora „świat seriali".
No właśnie - co z tą akcją w serialach? Wydaje mi się, że wyróżnić tutaj można dwie grupy. Pierwsza: ciągle się dzieje, postaci nigdy nie stają w miejscu, zawsze wrzucane są w sam środek fascynujących wydarzeń. Dzięki temu widz się nie nudzi, a często zmieniająca się sceneria chroni przed monotonią (Firefly, Dollhouse, Dr Who) Druga: nie dzieje się ABSOLUTNIE nic. Bohaterowie kręcą się po ulubionej knajpie (Przyjaciele, Jak poznałem waszą matkę, Big Bang Theory) bądź miejscu pracy, snują godzinne dywagacje nad swoim ciężkim życiem, ograniczającym się do mieszkania w bardzo luksusowym mieszkaniu z minimalnym wkładem w pracę zawodową. Po kilku odcinkach wyczuwa się schemat, po kilkunastu zaczyna wiać nudą. Chyba, że scenarzysta jest naprawdę dobry. Marta Ciesielskarys. Beata ZiębaKiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy seriale realizowane były jako „gorsze filmy z mniejszym budżetem", ludzie słysząc “serial” parskali śmiechem. Oglądały je mamy, większość z trudem rozróżniała telenowelę od opery mydlanej, a widzowie wszystko wrzucali do wora „świat seriali". Czasy się zmieniły. Powoli właśnie ten typ rozrywki zaczyna dominować na domowych ekranach. Toczą się rozmowy o „Grze o Tron", z niepokojem czeka się na nowy sezon, nawet po lekturze wszystkich książek. A gdy jakaś seria wciągnie, to można zarwać niejedną noc, żeby tylko nadgonić i być na czasie. Widzowie identyfikują się z bohaterami „Jak poznałem waszą matkę", „Przyjaciół", „Seksu w wielkim mieście". Ale właściwie - dlaczego? Powodów jest kilka. Wydaje mi się, że najważniejszym jest czas. Ciągle w biegu, a serial nie wymaga dwugodzinnego uziemienia, jak film. Pół godziny - czy nawet 45 minut - na jeden szybki odcinek zawsze się znajdzie. Co z tego, że później zmienia się to w dwa, trzy, pięć odcinków pod rząd. Druga sprawa to paniczny, wszechogarniający strach przed ciszą. Życie w wiecznym szumie sprawia, że kiedy trafiam do pustego mieszkania, intuicyjnie odpalam komputer, żeby coś wydawało dźwięk. Pokrótce - lubię, jak coś do mnie gada. Nie bawi mnie jedzenie w absolutnej ciszy i słuchanie własnego żucia, a nie zawsze mam czas na spotkanie się z kimś, żeby zabić bezdźwięk. Serial stanowi „tło", nie muszę specjalnie uważać, co się dzieje. Wystarczy, że pomiędzy jednym kęsem a drugim oderwę wzrok od talerza. Coś tam mówi, czasami jest śmiesznie, toczy się jakaś wartka akcja. No właśnie - co z tą akcją w serialach? Wydaje mi się, że wyróżnić tutaj można dwie grupy. Pierwsza: ciągle się dzieje, postaci nigdy nie stają w miejscu, zawsze wrzucane są w sam środek fascynujących wydarzeń. Dzięki temu widz się nie nudzi, a często zmieniająca się sceneria chroni przed monotonią (Firefly, Dollhouse, Dr Who) Druga: nie dzieje się ABSOLUTNIE nic. Bohaterowie kręcą się po ulubionej knajpie (Przyjaciele, Jak poznałem waszą matkę, Big Bang Theory) bądź miejscu pracy, snują godzinne dywagacje nad swoim ciężkim życiem, ograniczającym się do mieszkania w bardzo luksusowym mieszkaniu z minimalnym wkładem w pracę zawodową. Po kilku odcinkach wyczuwa się schemat, po kilkunastu zaczyna wiać nudą. Chyba, że scenarzysta jest naprawdę dobry. Last, but not least - przywiązuję się do bohaterów. Z przykrością stwierdzam, że oglądam „Supernatural" nie dlatego, że nadal bawią mnie przygody dwóch braci polujących na demony, ale robię to z przyzwyczajenia. Taki układ jest o tyle ryzykowny, że jeśli widz nie potrafi ograniczyć się do jednego, czy dwóch seriali, może wpaść w nałóg. A producenci będą zacierać ręce, bo co z tego, że planowali skończyć produkcję na 5 sezonach, skoro po 6 mają tak wysoką oglądalność? I tutaj pojawia się problem - serial z założenia powinien być pewną skończoną, opowiedzianą i zamkniętą historią. Niestety, często teoria nie pokrywa się z rzeczywistością. A to dlatego, że serial nie miał oglądalności i zszedł z anteny, zanim cokolwiek zdążyło się rozwinąć (patrz doskonały „Firefly"), a to dlatego, że ciągnie się jak flaki z olejem, pomimo iż główny pomysłodawca już dawno zrealizował swoje zamierzenia (wspomniany wcześniej „Supernatural" miał się skończyć po piątym sezonie). To trochę jak z książkami pewnego poczytnego pisarza fantastyki - ani to śmieszne, ani zjadliwe. Po trzydziestej książce z serii o egzorcyście-pijusie ze wsi, przysięgam - wysadzę w powietrze pewne wydawnictwo. Analogicznie z serialami - zbyt długie, przybierające formę telenoweli, stają się pożywką dla producentów i męczarnią dla fanów. Katorgą jest oglądanie, jak ukochani kiedyś bohaterowie z krwi i kości stają się powoli cieniami dawnych siebie, wyciętymi z papieru manekinami. Podsumowując ten krótki wywód - seriale stają się małymi filmami, po części wracając do swojej pierwotnej formy (w zamierzchłych czasach puszczane były przed pokazem filmowym w kinie, ludzie często przychodzili nie na właściwą projekcję, ale żeby obejrzeć kolejny odcinek serialu). Dzięki dużym nakładom pieniężnym zyskują na jakości, często bijąc na głowę pełnometrażowe produkcje. Nie są już tylko imitacjami życia, ale nabierają rozmachu i rozpędu, pojawiają się wśród nich ekranizacje książek, a twórcy starają się coraz bardziej, aby bohater nie był wieczną licealistką zmagającą się z całym światem, lecz stał się indywidualnym, ciekawym i odbiegającym od schematów bytem. Zobacz także na portalu Kontra:Tags:
|








Pobierz pierwszy numer papierowej Kontry!