Usiadłem do komputera. Zamierzałem pisać.

Dawno tego nie robiłem. Jasne, skrobałem trochę, tutaj esej na zajęcia, tutaj skrypt na prezentację, ale dawno nie pisałem. Chodzi mi o przelewanie myśli na papier, odkrywanie ścieżek wyobraźni.

To w sumie przykre. Człowiek idzie na studia, by zgłębiać swoje zainteresowania, inwestować w przyszłość, jednocześnie korzystając z teraźniejszości. A ostatecznie zaczynają go pochłaniać wszystkie inne zajęcia, nauka języka, znajomi, koncerty, kolokwia i egzaminy. Zanim się nie obejrzy, mija kilka lat, a raz zaczęta powieść stoi w miejscu, wszystkie dzieła, które zamierzał przeczytać, kurzą się na półkach, nieruszone. Z jednej strony czyta teksty na zajęcia, z drugiej i tak na większość przychodzi nieprzygotowany.

Myślę o tym i ogarnia mnie poczucie straty. Zacząłem kilka miesięcy temu nowy kierunek, który z braku czasu musiałem rzucić. To była filologia polska i dobrze się na niej bawiłem, wykłady były ciekawe, doktorzy i profesorowie wzbudzali szacunek, a koledzy studenci to byli naprawdę wspaniali ludzie.

Poszedłem tam, bo miałem nadzieję, że nauczę się lepiej pisać. Ale zajęcia tak mnie pochłaniały, że nie byłem w stanie tego robić. Nie studiowałem, gdyż to zakłada zgłębianie wiedzy, czytanie i branie udziału w zajęciach, a ja jedyne czym mogłem się pochwalić, to że po prostu tam byłem.

Nie pisałem, chociaż taki był cel. Ale teraz postanowiłem to zmienić. Usiadłem do komputera, otworzyłem edytor tekstu i teraz byłem gotowy, by tworzyć, co było moim celem od zawsze, a przynajmniej odkąd zacząłem czytać powieści i wymyślać historie, dla zabawy, dla samego siebie. A teraz również dla innych.

I jak to zwykle jest, kiedy znalazłem się przed pustą kartką, czy też przed ekranem komputera, i poczułem pod palcami znajomy kształt klawiatury, nie mogłem nic wymyślić. Mimo, iż głowa mi pękała od pomysłów w czasie jazdy zatłoczonym tramwajem, na zajęciach, pod prysznicem… Czyli zawsze, kiedy nie miałem przy sobie kartki papieru, albo nie byłem w stanie pisać. Teraz, akurat teraz, kiedy mogę, nie udaje mi się.

Czuję zniechęcenie i złość na samego siebie. Mam poczucie, że ostatnie kilka miesięcy było zmarnowane. Jasne, spotkałem wielu wspaniałych ludzi, ale nie miałem czasu ich poznać, bo byłem zajęty nauką, która i tak była niewystarczająca, by być przygotowanym na wszystkie zajęcia. Wyłączam edytor i zastanawiam się, co mam ze sobą począć.

Sprawdzam, co mam teraz do zrobienia. Starałem się zapisywać na bieżąco wszystkie prace, które muszę napisać, lektury na zajęcia, które muszę poznać, by o niczym nie zapomnieć. Takie to-do list.

Znalazłem ją w stosie papierów. Listę tą zapisałem, będąc przekonanym, że pogodzę dwa kierunki, toteż znajdowała się na niej praca, której nigdy nie napiszę, pod tytułem Jesus Christ Superstar jako współczesny apokryf na zajęcia z Historii Literatury Polskiej.

Trochę tego żałowałem. To był przecież idealny moment, by zgłębić dany temat i spróbować coś napisać o nim od siebie. Kiedy na HLP słuchałem prezentacji o apokryfach, z miejsca mnie to zainteresowało.

Zawsze rozumiałem apokryfy jako biblijne treści, które nie weszły do kanonu tekstów kościoła i już w tym kontekście miały one w sobie coś pociągającego, to był taki owoc zakazany, coś grzesznego, jakąś niepoprawną tajemnicę. Dopiero na tych zajęciach uświadomiono mnie, że pod tym terminem kryją się również teksty beletryzowane, powieści, które pisali średniowieczni autorzy, zainspirowani Pismem Świętym. Nierzadko czuli oni potrzebę dopowiedzenia historii zawartych w Biblii, dopisywali to i owo, ukazywali nową perspektywę, skupiali się na emocjach pojedynczych postaci.

Siedzę teraz przed komputerem i uśmiecham się. Pamiętam, że chociaż chciałem napisać na zaliczenie esej o Jesus Christ Superstar, to zupełnie inna myśl chodziła mi po głowie. Słuchając o apokryfach, mentalności ludzi średniowiecza, myślałem o współczesnych twórcach bardzo konkretnego gatunku.

Myślę, że obecnymi apokryfami są fanfiki. Lament świętokrzyski, ujęcie męki Chrystusa z perspektywy jego matki, czym to się różni od historii wziętej z Harry’ego Pottera, opisanej oczami Malfoya? Jasne, Biblia wciąż inspiruje pisarzy, ale współczesnymi świętymi księgami są lekkie powieści i filmy. Kiedy sobie pomyślę, ile osób na świecie pisze, czując potrzebę dopowiedzenia brakujących elementów Harry’ego Pottera, Władcy Pierścieni, czy Gwiezdnych Wojen, nie potrafię się powstrzymać od wizji mnichów, piszących w mrokach średniowiecza, rozświetlanych woskowymi świecami i iskrą natchnienia, wywołaną lekturą woluminów o świętej treści.

Owszem, język się zmienił, twórców wszelkich dzieł dzieli dystans czasu, różnią się językiem, ale czy nie byli oni tacy sami?

Myślę o ludziach, którzy tworzyli oraz o tych, którzy teraz to robią. O treściach, które przetrwały wieki i o tych, które leżą zapomniane w odmętach sieci. Nie wiem czemu, ale rozkoszuję się tą refleksją. I zaczynam pisać.

Piszę, co myślę. Bo może nikt nie będzie tego czytał, ale przynajmniej czuję, że robię to do czego zostałem jeśli nie stworzony, to przynajmniej powołany.

I mam poczucie, że nie zmarnowałem kilku ostatnich miesięcy. Nie, nie zmarnowałem tego czasu, ponieważ każde zajęcia, każda chwila, to było nowe doświadczenie. A w życiu chyba właśnie o to chodzi, by doznawać i poznawać, czyż nie?

źródło: https://pixabay.com/pl/pi%C5%9Bmie-napisa%C4%87-osoby-praca-biurowa-828911/

Tagged with:
 
Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.