Dzisiejsze portale społecznościowe aż roją się od zdjęć, które robimy sami sobie. Wstajemy rano, ubieramy się, patrzymy w lustro, wyciągamy telefon i klikamy na kamerkę w komórce.  Krótko mówiąc, nie obce jest nam pojęcie selfie.

Zacznijmy od samej definicji słowa selfie. Według wszechwiedzącej Wikipedii jest to:

Rodzaj fotografii autoportretowej, zazwyczaj wykonywanej z trzymanego w ręku lub na kijku do selfie lub aparatu cyfrowego, kamery lub telefonu komórkowego. Zdjęcie przedstawia zazwyczaj samego siebie (w tym przypadku fotografa) lub jego odbicie w lustrze.

 

A teraz pozamieniajmy komórki i inne aparaty na pędzle, farby i płótno. Co otrzymujemy? Autoportrety. No właśnie. A jakiemu znanemu malarzowi udało się ich wykonać aż 38? Odpowiedź brzmi:  artyście imieniem Vincent van Gogh.

Pierwszy autoportret (1886 rok)

 

Źródło: pl.wikipedia.org/wiki/Autoportrety_Vincenta_van_Gogha

Przyjrzyjmy się dokładniej  jego obrazom. Autoportrety holenderskiego malarza stanowią pokaźną część jego zbiorów.  To aż 38 dzieł (34 obrazy i 4 rysunki), przedstawiające samego artystę w różnych okresach jego życia,  każdy z innej  perspektywy, oraz przy użyciu ogromnej palety barw. Ta ilość zapewniła van Goghowi miano jednego z najbardziej płodnych artystów wszech czasów. Mówi się, że malowanie autoportretów było dla Vincenta sposobem na zarabianie pieniędzy oraz rozwój umiejętności.  Jednak, gdyby rzeczywiście chodziło tylko o to, czy dziś moglibyśmy odczytać aż tyle emocji z każdego z jego autoportretów? Każdy obraz przedstawiający wizerunek van Gogha uchyla nam rąbek tajemnicy jego egzystencji. Vincent przez całe życie zmagał się z czymś, co dziś nazywamy zespołem depresyjno-maniakalnym. Wszystko, czego doświadczał, przeżywał dwa razy mocniej, niż człowiek zdrowy. Cóż się dziwić, w jego rodzinie trudno było znaleźć kogoś, kto nie byłby chory psychicznie.

Autoportret (1889 rok)

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/File:Vincent_van_Gogh_-_Self-Portrait_-_Google_Art_Project.jpg

Chodzi o to, by uchwycić nieprzemijające w tym, co przemija.

                                                                                                                    – Gavarni

 

Ta myśl doskonale określa twórczość van Gogha. Holenderski malarz był zagubionym człowiekiem. Jego dzień składał się zazwyczaj z malowania obrazów i pisania tysiąca listów do rodziny, zwłaszcza do brata – Theo. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że były to objawy manii van Gogha: gdy malował był niespokojny, że nie pisze do bliskich, gdy pisał, martwił się, że nie maluje. Dlatego okres przebywania van Gogha w Arles to najowocniejszy moment w jego twórczości- to właśnie tam powstało najwięcej arcydzieł van Gogha. Jednakże, sam artysta wciąż nie odczuwał spełnienia jako malarz.

styczeń 1889

Źródło: commons.wikimedia.org/wiki/File:VanGogh-self-portrait-with_bandaged_ear.jpg

 

Pod mikroskop wzięłam autoportret, który ujawnia nam historię odciętego ucha van  Gogha. Holenderski malarz, po przybyciu do Arles, chciał uczynić je swego rodzaju centrum kultury. Długo też namawiał swego przyjaciela – Paula Gauguina, by ten zamieszkał z nim w Żółtym Domu. W 1888 roku, namowy te wreszcie odniosły sukces. Niestety, po wprowadzeniu się francuskiego malarza do domu van Gogha, okazało się, że ich zdanie znacznie różni się w wielu tematach, przez co, bardzo często dochodziło do burzliwych kłótni. Wpływ na to miał również charakter Vincenta, męczony przez choroby psychiczne – w kłótni zawsze musiał mieć ostatnie słowo. Podczas jednej z tych sprzeczek, van Gogh poczuł się jeszcze gorzej niż zwykle, prawdopodobnie miał napad choroby, która wywoływała u niego halucynacje. W szale złości, smutku odciął sobie ucho, które następnie podarował swojej ulubionej prostytutce.  W 1889 roku van Gogh namalował Autoportret z zabandażowanym uchem.

Nastrój panujący na obrazie jest raczej chłodny, górują tutaj zimne barwy, światło jest ostre. Z tyłu widzimy japoński obraz – dawna fascynacja stylem japońskim Vincenta van Gogha.

Vincent na obrazie ubrany jest w ciemny zielono-błękitny płaszcz oraz granatową czapkę.  Prawe ucho ma zabandażowane. Jednak najbardziej znaczący w tym obrazie jest wzrok van Gogha. Z jego oczu odczytujemy strach, może lęk przed samym sobą lub wydarzeniami związanymi  z kłótnią.

Każdy z autoportretów van Gogha ukazuje jakąś część jego historii. Prawdopodobnie to celowy zabieg artysty. Te obrazy możemy z pewnością porównać do dzisiejszych selfie.  To swego rodzaju zdjęciowy pamiętnik uczuć – gdy chcemy uwiecznić jakąś chwilę – robimy selfie, gdy chcemy pokazać jak bardzo nam się nudzi – robimy selfie, gdy chcemy poinformować resztę świta, że jest nam zwyczajnie smutno, nie wyglądamy wyjściowo albo przeciwnie – robimy selfie! No dobra, ale przecież ten sam efekt uzyskujemy, gdy zrobimy zwykle zdjęcie. Tak, tylko, że przy selfie ukazujemy miłość do samego siebie. Trochę tu egoizmu, ale to nie jest czynnik wiodący. To po prostu podświadome zachowanie w chwili, na której nam zależy, a zarazem to także akt samokreacji.

Dominika Czarska Jachimowicz

Tagged with:
 
Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.