Ciemno. Nie ma nic. Światło komputera. Nadal nic nie ma. Tylko to światło komputera. Po paru sekundach nicość wygrywa. Ekran wygasa. W pokoju jest ciemno.

Leon Tomkiewicz wie, że prędzej czy później wyleci. Na zbity pysk wyleci, z mieszkania wyleci, przez okno wyleci. I poleci sobie w dół. Tuż przed chodnikiem się zatrzyma. No, śmieszny jesteś. Właśnie, że się nie zatrzyma. Tak naprawdę Tomkiewicz wie, że on już teraz leci, i cholera, faktycznie nie może wyhamować. Nie może stanąć w miejscu. Może tylko leżeć na swoim brudnym materacu w ciasnym pokoju, w tej zatęchłej dziurze, której strzegą puste butelki po piwie przy nodze biurka i do połowy puste 0.7 po wódce cynamonowej na szafie. Szklany krajobraz Komory, jej świętość nienaruszalna i nieusuwalna.

Nadal nie ma nic. Właściciel zabrania palić w mieszkaniu. Leon Tomkiewicz wie, że wyleci. Już leci. Poza tym jest pijany. Myśl, która męczyła go od tygodnia, nabrzmiała teraz od alkoholu do takich rozmiarów, że wszystko inne jakoś zobojętniało. Nie dzielił się z nią nikim, nie chciał, z jakiegoś powodu odczuwał beznadziejną niepotrzebność takich zwierzeń. Wyjął zapalniczkę.

Leżał na plecach. Palił. W kółko zadawał sobie to samo pytanie, za każdym razem czując, jakby coś ciężkiego spadało mu na głowę.

Odpisze? Odpisze czy nie odpisze? Nie odpisze? Odpisze? Ale ze mnie idiota.

Wstał. W stronę komputera. Opadł na krzesło. Poczuł wstyd. Od paru dni wracał do tego ze wstydem. Ze wstrętem. Znowu się poniżyłeś, ty idioto, sam przed sobą. Tyle o niej myśleć, i co z tego teraz masz? Nie odpisuje. Dziwisz jej się? Znacie się parę tygodni, rozmawialiście dwa razy na korytarzu, a ty teraz piszesz do niej, piszesz i nie trafiasz w klawisze, bo się zwyczajnie najebałeś. Napisz jeszcze parę wiadomości więcej, a cię znienawidzi, bo wszyscy nienawidzą natrętów i pijaków. Ale jaki tam z ciebie pijak… Kolejne złamane serduszko, co?

– Gówno prawda – powiedział Leon sam do siebie.

Czuję, że nie wierzysz w to, co mówisz. I wiem też, że masz już mnie dosyć. Myślisz o mnie, jak o kimś z zewnątrz, a tak naprawdę masz dosyć samego siebie. Trudno, nikt cię nie zmuszał do picia. Ale mnie przecież nie ma, a ty za dobrze mnie znasz, żeby nie wiedzieć, że zawsze tu będę. Ta dziewczyna w niczym nie różni się od wszystkich innych, z którymi łączyło cię cokolwiek. Dwadzieścia lat chłopak, a wciąż sam siebie oszukuje…

Leon okręcił się na krześle. Wyglądał jak szmaciana lalka. Po paru następnych obrotach zaczął mieć wrażenie, że ściany Komory się zaciskają. I prawie mógłby przysiąc, że słyszy drżenie butelek. Jakby od niechcenia poruszył myszką, rozświetlił ekran. Zmrużył oczy. Po chwili opuścił powieki. Powierzchnia ekranu zaciemniła się.

Nie odpisała. Zasnął.

Światło. Jest wszystko.

Za głośno. Wstał jak zwykle w okolicach czternastej. Światło obnażyło lepkie biurko i brudną podłogę Komory, całą nędzę jego mieszkania, którą dopuścił przecież on sam, bo co jak co, ale na brak pieniędzy (które przesyłał mu ojciec) Leon zdecydowanie nie mógł narzekać. Komputer krzyczy do niego nowymi wiadomościami, pełnymi jaskrawych znaków, które przestał rozumieć już dawno. Na ulicy niewiele się zmienia – rolę komputera przejmują reklamy i billboardy. Jakiś personal coach ma swój wykład, ma go w jakimś budynku, ale Leon wyraźnie go słyszy, mówi o tym, że trzeba spełniać marzenia, bo jak się nie spełnia marzeń, to się nie spełni swoich marzeń, i że to jest banalnie proste, wystarczy tylko to zaakceptować. Wszystko krzyczy do niego tym samym głosem.

Nie potrafisz. Nie potrafisz żyć, Leon. Wystarczy tylko, że to zaakceptujesz. Godzina 17:49, aktywna 2 minuty temu, wiadomość wysłana trzy godziny temu, dostarczono, nie wyświetlono, wszystko skończono. Kopiuj, wklej – przeszłość. Wszystko jest zbyt głośne. Już lepsze byłoby nic, ono jest przynajmniej ciche i nie przeszkadza. A tymczasem głuchniesz. Głuchniesz, Leon, i potrzebujesz kogoś, kto to zauważy, potrzebujesz jak narkoman amfetaminy, jak dziecko opiekunki. Amfetamina jest kobietą. Opiekunka jest kobietą. Nawet „ktoś” jest kobietą, nie w sensie cielesnym ani nawet językowym. Bo jakby ci wyłącznie na ciele zależało, to dawno miałbyś już drugie, oczywistości. Z kolei język, w jakim myślisz, jest językiem ludzi nieszczęśliwych. W owej mowie słowo „ktoś” zawsze traci swoją nijakość i zyskuje osobowość. Diagnoza jest prosta – zmniejszanie się przestrzeni, którą jesteś w stanie odbierać słuchem, powoduje w tobie poczucie osamotnienia. To bardzo proste i bardzo ludzkie. Lub w każdym razie częste.

Więc czego ty jeszcze chcesz od świata? Słuchu nie można wrócić. To jest koniec.

– Nie – powiedział Leon sam do siebie, skręcając w stronę pubu – nie zaakceptuję tego.

Starszy, pomarszczony facet w kaszkiecie obrócił się. Już chciał odpowiadać, kiedy zorientował się, że ten dziwny chłopak w czarnym płaszczu poszedł dalej. I właściwie miał prawo pomyśleć, że mówił do niego. Każdy miałby do tego prawo. I nie myliłby się.

Mateusz Parkasiewicz

 

 

Tagged with:
 
Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.