And the Oscar goes to… Lada chwila odbędzie się 90. Ceremonia wręczenia Oscarów, dlatego z tej okazji Mariusz Mieloch i Adam Mańkowski przedstawiają Wam swoich faworytów w poszczególnym kategoriach.

Okiem Adama:

Najlepszy film: „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy : Daniel Day-Lewis.

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa : Frances McDormand.

Najlepszy aktor drugoplanowy: Sam Rockwell.

Najlepsza aktorka drugoplanowa:  Laurie Metcalf.

Najlepszy reżyser: Paul Thomas Anderson.

Najlepszy scenariusz oryginalny: „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”.

Najlepszy scenariusz adaptowany: „The Disaster Artist”.

Najlepsza charakterystyka i fryzury: „Czas mroku”.

Najlepsza muzyka oryginalna:  „Kształt wody”.

Najlepsza piosenka: „Coco” – „Remember me”.

Najlepsza scenografia:  „Blade Runner 2049”.

Najlepsze efekty specjalne: „Wojna o planetę małp”.

Najlepsze kostiumy: „Nić widmo”.

Najlepsze zdjęcia: „Blade Runner 2049”.

Najlepsza animacja: „Coco”.

Najlepszy dźwięk: „Baby Driver”.

Najlepszy montaż: „Dunkierka”.

Najlepszy montaż dźwięku: „Baby Drive”.

Nic nie spali billboardów. O sukcesie filmu Martina McDonagha.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” już od pierwszego seansu jawił mi się, jako bezapelacyjny kandydat do pierwszego miejsca w zestawieniu najlepszych filmów tegorocznej gali. McDonagh opowiada o pokrzywdzonej przez los kobiecie, która stawia prowokujące billboardy, by zmusić władze do działania w sprawie jej zgwałconej i zabitej córki. Obranie kameralnej konwencji pozwala na zamknięcie bohaterów w małym miasteczku. W tym momencie krytyczny obraz społeczeństwa zaczyna wychodzić na pierwszy plan. Podmiot zbiorowy jest bowiem przekonany o swojej bezkarności, żyje w świecie dla nas odrealnionym, ogarniętym chaosem, beztroskim. Doskonale przemyślany scenariusz stawia Szeryfa Billa Willoughby, jako jedynego, który opiera się temu systemowi. Nie ulega nikomu, nie jest mścicielem, stylizowany bardziej na uczciwego glinę, na którego spadają całe oskarżenia. Taki portret pozwala krytycznie spojrzeć także na główną bohaterkę. Rozwój psychologiczny postaci, na które wpływają listy wspomnianego szeryfa, jako pewnego rodzaju moralitety jedynego, który nie dał się zwariować w tym świecie, działają i nie sprawiają wrażenia bycia naiwnym sposobem na zmianę charakteru postaci. Frances MdDormand oraz Sam Rockwell kradną seans samemu Woody’emu Harrelsonowi. Na szczególne owacje zasługuje właśnie protagonistka, która jako motor napędzający historię o zemście, poszukiwaniu sprawiedliwości oraz poczuciu winy, wypada bezbłędnie. Rockwell natomiast, jest nieprzeszarżowaną wersją szaleńcy, którego możemy znać z „Zielonej mili”, czy „Siedmiu psychopatów”. Tutaj jest on bardzo człowieczy i przekonujący.  Sam klimat opowieści jest surowy, doprawiony czarną komedią, kryminałem oraz nutką westernu. Na pozór prosty, niepozorny film, będący także hołdem dla braci Coen oraz Quentina Tarantino, nabiera coraz więcej sensu i podrzuca puzzle, które składają się na wielką, sensowną układankę. Komedia ustępuje dramatowi oraz smutnemu przesłaniu, tym bardziej wybrzmiewającemu, ponieważ ukrytemu pod gruba warstwą pozorów, jakimi karmi nas reżyser.

Zniekształcona woda. O największym niewypale tegorocznych Oscarów.

Guillermo del Toro w Oscarowym wyścigu wyszedł na prowadzenie, zgarniając obiecujące 13 nominacji do Oscara. Wielu widzi w scenarzyście „Hobbita” potencjalnego zwycięzcę, ja jednak stanę w opozycji, szkalującej jego przeceniony średniak w pięknej oprawie. „Kształt wody” opowiada o relacji między protagonistką oraz tajemniczym stworzeniem z głębi. Aspekty audiowizualne starają się widocznie wykreować film na baśń, która działałaby świetnie, gdyby nie jej nadmiar połączony ze skrajnie brutalną, naturalistyczną konwencją. Ten infantylny „Bioshock” mocno się się gryzie i sprawia wrażenie, jakby film nie był zdecydowany, czym tak naprawdę chce być. Scenariusz także wypada poniżej oczekiwań. Prosto zarysowana relacja, „liźnięcie” tematyki braku akceptacji, kiepsko napisane postaci bez motywacji, sporo naiwności – w bezkrytycznym odbiorze obrazu musiałbym iść na wiele kompromisów, by wówczas móc bez zobowiązań napawać swoje oczy pięknem obrazu oraz dźwięku. To prawda – film w aspektach audiowizualnych wiele zyskuje. Niesamowity, klaustrofobiczny klimat korytarzy laboratorium, bezbłędnie wyreżyserowana scena otwarcia, ujęcie z plakatu filmu, które mógłbym bezwstydnie powiesić na ścianie w pokoju – to wszystko potrafi zachwycić, jednak cóż z tego, skoro głębia piękna filmu kontrastuje z płytkością i niewiarygodnością przedstawionych wydarzeń? Sally Hawkins broni się aktorsko, wyrażając gestami więcej emocji, niż niejeden aktorzyna słowami, lecz Michael Shannon jest maksymalnie sztampowym antagonistą, a Octavia Spencer to największa pomyłka wśród nominacji do Oscara. Całość tego mizernego obrazu dopełnia zakończenie – maksymalnie niedorzeczne i zapowiedziane przez banalną symbolikę filmu. Reżyser „Labiryntu fauna” powinien wiedzieć, że walory wizualne nie zawsze rekompensują kiepski scenariusz. W „Mad Max: Na drodze gniewu” liczyła się prostota. Podstawowa fabuła o pościgu nie miała znaczenia, skoro akcja była przepełniona adrenaliną i wciągała na całe dwie godziny. „Zjawa”? Prosta historia o zemście, która pozwoliła utożsamić się z głównym bohaterem i kibicować mu podczas jego tułaczki. Co zaś oferuje „Kształt wody”? Poza wspomnianymi zaletami, to zlepek powierzchownych, słabo zarysowanych motywów, postaci… całej historii, która jest tu jednak bardzo ważna. Ani to pouczające, ani angażujące, ale prawdopodobnie za walory wizualne niejedną statuetkę zgarnie. I miejmy nadzieję, że tylko za nie.

Okiem Mariusza:

Najlepszy film : „Nić widmo”.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy: Daniel Day-Lewis/Timothee Chalamet.

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Margot Robbie.

Najlepszy aktor drugoplanowy: Willem Dafoe.

Najlepsza aktorka drugoplanowa: Allison Janney.

Najlepszy reżyser: Paul Thomas Anderson.

Najlepszy scenariusz oryginalny: „Uciekaj!”

Najlepszy scenariusz adaptowany: „Tamte dni, tamte noce”.

Najlepsza charakteryzacja: „Czas mroku”.

Najlepsza muzyka: „Kształt wody”.

Najlepsza piosenka: „Coco” – „Remember me”.

Najlepsza scenografia: „Kształt wody”.

Najlepsze efekty specjalne: „Wojna o planetę małp”.

Najlepsze kostiumy: „Nić widmo”.

Najlepsze zdjęcia: „Blade Runner 2049”.

Najlepsza animacja: „Coco”.

Najlepszy dźwięk: „Blade Runner 2049”.

Najlepszy montaż: „Dunkierka”.

Najlepszy montaż dźwięku: „Baby Driver”.

Najlepszy dokument: „Ikar”.

Lewy  sercowy od Paula Thomasa Andersona. Szykowne love story z dreszczykiem.

Nowy film Paula Thomasa Andersona jest wybitną, współczesną interpretacją twórczości Roberta Blocha i Daphne Du Maurier. Reżyser „Boggie Nights” zabiera widza w podróż intertekstualną mającą na celu rewizje współczesnych relacji męsko-damskich. Anderson cytuje teorie Younga i Freuda oraz odwołuje się do klasycznych filmów Alfreda Hitchcocka, w szczególności do „Rebeki”. W „Nici widmo” można odnaleźć odwołania do „Mechanicznej pomarańczy” (scena przejazdu samochodem) i „Psychozy” (dziwny bliski kontakt ze swoją zmarłą matką). Pierwsze odwołanie ma na celu polemikę z stwierdzeniem Kubricka o tym, że jeśli człowiek zostaje pozbawiony wyboru miedzy dobrem, a złem, zaczyna życiowo wegetować.  W „Nici widmo” jest zupełnie odwrotnie, Woodcock żyje w świecie pozorów, pewnych przyzwyczajeń i dopiero, gdy w dość makabryczny sposób zostaje odebrane mu prawo wyboru, staje się bezradny, zaczyna prawdziwie żyć pełnią życia. Anderson zgadza się z Kubrickiem w jednej kwestii, że nie można zmienić człowieka na stałe. Woodcock nie ma jasnej przeszłości, jednak widać, że bardzo negatywnie wpłynęła na życie bohatera. Rola matki, która podkreślona jest tym, że bohater ma jej pukiel włosów. Trudne relacje z siostrą i Almą wskazują na problem z kobietami w życiu Woodcocka, które mogą wynikać z niedostatecznej miłości matki. W jednej ze scen, główny bohater spogląda przez szparkę w drzwiach na Almę, która występuje w sukni przez niego zaprojektowanej. Podglądanie z „Nici widmo” przywołuje na myśl obserwacje Marion Crane  przed słynną sceną pod prysznicem w „Psychozie”, a warto zauważyć, że Bates także miał problemy ze swoją matką i innymi kobietami. Anderoson cytuje Hitchcocka, aby nakreślić pewien kontekst kulturowy dotyczący roli płci pięknej w życiu społecznym. Alma wydaje się przewidywalna, jednak z biegiem akcji dokonuje się przemiana podobnie jak Rebeka w filmie mistrza suspensu. Zmiana gatunkowa z klasycznego love story w dreszczowiec, znów nawiązuje do struktury narracyjnej  z oscarowego filmu Hitchcocka. „Nić widmo” opowiada o szalonej, dziwnej miłości, lecz w przeciwieństwie do „Zaginionej dziewczyny”, czy „Zwierząt nocy” to nie charaktery ludzi stanowią problem, lecz społeczne uwarunkowania i przeszłość. Nie daleko jest od nienawiści do miłości, w czym dzieło Andersona jest bliskie do „Co się zdarzyło Baby Jane?” Roberta Aldricha, czy „Misery” Roba Reinera. Bodowanie niejednoznacznych  relacji, zazwyczaj prowadzi do sceny konfrontacji, w tym filmie jest scena rozmowy przy stole przy okazji jedzenia szparagów. Kostiumy i muzyka odwołują się wielkich filmów z Hollywood, w szczególności do „Czerwonych trzewików”. Najciekawsze jest to, że wizualne odniesienia do złotej ery, kontrastują z nawiązaniem do trylogii apartamentowej Polańskiego.

Grona ponowoczesności.

Dlaczego każdy lubi ten film? Przecież to jest hołd dla Tarantino i braci Coen. Nowy film Martina McDonagha jest postmodernistycznym kinem zaangażowanym, którego największym problemem jest zachwianie balansu między ponowoczesnym, przerysowanym katalogiem postaci, a poważnym głosem w dyskusji dotyczącym  roli policji i granic wolności słowa. Reżyser nie potrafi stworzyć wiarygodnych charakterów, ponieważ z jednej strony postacie są zabawą z archetypami znanymi z kultury popularnej, a jednocześnie próbuje się  na siłę nadać dramatyczny rys. Można połączyć oba elementy, tylko, że muszą być dobrze wkomponowane w linie relacji. W „Birdmanie”, pomimo lekkich problemów z narracją, powyższe zlepienie dwóch form było wykonane w punkt. W filmie McDonagha nie ma odważnie nakreślonych problemów, wszystko pozostaje w dziwnym zawieszeniu między kinem Johna Forda, a braci Coen. W „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” próbuje się nakreślić obraz miasteczka, którego problemy nie są znane obywatelom wielkich miast. McDonagh znowu jest niekonsekwentny, ponieważ w jednej ze scen historie bilbordów komentuje reporterka telewizji. Aktorzy, w „Trzech bilbordach za Ebbing, Missouri”, grają w ramach swojego emploi. Frances McDormand  reprezentuje dobry poziom , choć nie ma w jej kreacji nic odkrywczego, jeśli spojrzy się na inne role tej amerykańskiej aktorki. Sam Rockwell, powtarza wszystkie swoje manieryzmy kojarzone z dziwnymi, szalonymi, nietypowymi, ludźmi, jakie zaprezentował już w „Zielonej mili”, choć oczywiście w filmie Darebonta był negatywną postacią. Dość narzekania, film McDonagha ma do zaoferowania  też kilka ciekawych rzeczy. Najlepszym elementem „Trzech bilbordów za Ebbing, Missouri” jest Woody Harrelson, który reprezentuje jak zawsze wysoki poziom gry aktorskiej, dobrze zaprezentowała się też młoda gwardia na czele z Hedgesem. W filmie McDonagha jest kilka scen perełek, jak na przykład  rozmowa z księdzem . Muzyka zostaje wpleciona w świat przedstawiony w bardzo inteligentny sposób, a utwór ABBY „Chiquitita” jest świetnym komentarzem do sytuacji zaprezentowanej w filmie. McDonagh wplótł w bardzo ciekawy sposób konstrukcje konfliktu tragicznego znanego z tragedii greckiej. Podsumowując, mój lekko negatywny stosunek wobec tego filmu wynika z wysokich oczekiwań, jakie miałem przed seansem. Niestety produkcja McDonagha poległa w kwestii balansu, gdyby dopracować charaktery postaci kosztem postmodernistycznego przerysowania, mogło być lepiej. Nie można być jednocześnie Johnem Steinbeckiem i Elmorem Leonardem.

Adam Mańkowski

Mariusz Mieloch

 

Źródło: www.army.mil/article/97087/army_blues_on_hollywoods_red_carpet

Tagged with:
 
Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.