Zawsze, kiedy nadchodzi koniec czerwca, nadchodzące wakacje czuję niemalże namacalnie w swoich dłoniach. Przez myśl przechodzą mi podróże w najdalsze zakątki świata – zwłaszcza, że za granicą byłam tylko raz, jak miałam jedenaście lat i nie interesowało mnie nic, tylko znajomi z podwórka. Może słoneczna Grecja? Malownicza Toskania? Wyobraźnia nie zna granic. I wtedy, na myśl przychodzą mi Stany Zjednoczone. Miami. Hollywood. Alaska. Myślę sobie – Yes, I can! Wpisuję tanie loty do Stanów, przeglądam kilka pierwszych stron internetowych z biletami, później otwieram portfel i od razu uświadamiam sobie – No, I can’t i czar pryska. Zapach sukcesu umyka, brama do Nowego Jorku zostaje zamknięta. Nagle dowiaduję się, że będę miała Amerykę w domu. I to dosłownie.

Wszyscy doskonale wiemy, jak niesamowite uczucie towarzyszy pierwszemu spotkaniu po latach z ważnymi dla nas osobami. Odliczasz dni, planujesz każdą chwilę. Pojawiają się też pewne obawy – moje były jak najbardziej słuszne… Jak zapewnić rodzinie, a zwłaszcza szesnastoletniej kuzynce prosto z New Jersey, mieszkającej kilkadziesiąt kilometrów od Nowego Jorku, chodzącej do prawdziwego high school, niczym z filmów o zakochanych nastolatkach, atrakcje w Kaliszu? Zbyt dużego pola do popisu nie miałam. Amerykańskie burgery? Żadna atrakcja. Kino? Emm… No to pierogi, wódka i bigos. Stereotypy są złe i często przereklamowane, ale  w tym przypadku okazały się jak najbardziej słuszne i przydatne. Finalnie, w moim rodzinnym domu spędziliśmy wspólnie tylko pięć dni, ale prawie półtora miesiąca objeżdżając Polskę, przez Wrocław, Kraków, Zakopane, Rabkę Zdrój, aż do Warszawy.

Amerykańska mentalność zupełnie różni się od polskiej. Podobno w Polakach widać, że zazdrościmy im ogromnej pewności siebie, która wpajana jest od urodzenia. Że zawsze się uda, że nie warto rezygnować, że zawsze znajdzie się jakaś inna droga do sukcesu. Że mimo, iż wszystko nie jest do końca takie sielankowe, jak nam się wydaje, to jak się dobrze obrócimy to się uda – bo musi.

Wiem, że w Stanach ciuchy są tanie, a jedzenie drogie. Że zawsze zostawia się napiwek, nawet u fryzjera. Że w Ameryce 1$ to jak 1zł. Że sklepy Victoria’s Secrets są na każdej ulicy. Że McDonald’s w Europie ma ładne kolory, jest czysty i zadbany – jak na prawdziwą restaurację przystało, a w USA w łazienkach można znaleźć szczury. Jak dla Amerykanów jest w Polsce? Nie zamawia się jednego czy dwóch kufli piwa. Zamawia się 12-litrowy baniak. A nasz język towarzyszy im w Stanach bardzo często – Where is winda? (czyt. łajnda) lub Are there any rekins? Zamiast sharks.  

Mieszkanie w polskim domu z trójką Amerykanów jest niesamowitym przeżyciem. Oni – zachwyceni Polską (pewnie myślicie jak to możliwe?) – architekturą, która jest połączeniem nowoczesności i tradycji, kulturą i historią (najbardziej II wojną światową), polską życzliwością (a jednak okazuje się, że nie jesteśmy krajem smutasów) i obfitością stołu (pierogi land). Ciocia chciałaby wrócić do ojczystego kraju. Do Polski. Która jest piękna, a dostrzegłam to jeszcze bardziej, słysząc same pozytywy, od rodziny mieszkającej w kraju, który wydawał mi się odległym snem. Do domu. A dom jest tam, gdzie jest rodzina.

Tagged with:
 
  • Paulina Sikorska

    Popieram Kamila w 100% 🙂 Oby tak dalej!

  • Kamil Pawlicki

    Super! Widzę wzmożoną aktywność w Kontrze w ostatnich dniach i dobre teksty 🙂 Miło tu wpaść od czasu do czasu.

Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.