W kinie gatunek westernu już dawno stracił dawny blask. Samotny rewolwerowiec wchodzący do małego miasteczka to w pewnym sensie relikt przeszłości. Czasami jednak pojawiają się filmy, które pośrednio czerpią z ustalonych ram – pokazując nam iście westernową walkę dobra ze złem. Najnowszy film Martina McDonagha na pewno nie zostanie okrzyknięty westernem, ale swoją bezkompromisową historią zbliży się do dychotomicznej wartości tego gatunku.

Historia filmu w tle prowincjonalnego miasteczka, pokazuje losy Mildred Hayes walczącej o należyte rozpatrzenie sprawy jej zamordowanej córki. Pierwsze spokojne kadry z towarzyszącą im muzyką poważną, mogą napawać wątpliwościami, czy aby nie będzie to patetyczny film. Nic bardziej mylnego. Scenariusz jest rozpisany na wiele postaci i zgrabnie przenosi się na różne ramy gatunkowe. Troszkę dramatu, komedii, do tego sensacyjne śledztwo. Wszystko to rozkłada opowieść na wiele czynników, które pozwalają przyjrzeć się zmienności ludzi.

Człowiek ma fundamentalne znaczenie dla tego filmu. Pragnienie zemsty, potrzeba solidarności, skrywane żale, próba pogodzenia się ze śmiercią – to wszystko schodzi na dalszy plan. Najważniejszy jest człowiek i jego umiejętność radzenia sobie z własnymi emocjami, z własnym „ja”. Każda postać filmowa została w wyjątkowy sposób scharakteryzowana. Mildred za kamienną twarzą krzyczy. Szeryf Bill Willoughby musi pogodzić dobroduszność z własnymi słabościami, zawodowymi i zdrowotnymi, a oficer Jason Dixon w alkoholowym rauszu szuka zrozumienia. Te trzy postacie, chociaż wygrywają walkę o uwagę widza, to są dookreślane w niesamowity sposób przez otaczających ich bohaterów. Karzeł James próbuje wydobyć z Mildred uśmiech, a mama Dixona rzuca na niego cień „złego południa”.

Wybornie w scenariuszu prezentuje się każdy element epizodyczny, który poszerza problematykę filmu. Tematy homofobii, rasizmu, mechanizmów działania mediów są podane w subtelny sposób. W jednej ze scen zostaje podana w wątpliwość moralność amerykańskich żołnierzu, którzy walczą na wschodzie. W wyścigu po Oscary często biorą udział pozycje, które w sposób nachalny eksplorują dzisiejsze tematy polityczne. W „Trzech Bilboardach za Ebbing, Missouri” to wszystko rozgrywa się gdzieś w tle. Jest o tym wzmianka, ale nie to jest głównym przekazem twórcy. Ten stara się przekonać odbiorcę, że tam gdzie jest miejsce na nienawiść jest też miejsce na miłość. Nie bójcie się, nie robi tego w sztampowy sposób.

Ścieżka dźwiękowa współgra z „lekkością” narracji i jej niewymuszonym tempem. W filmie usłyszymy zarówno utwory Friedricha von Flotowa oraz Mozarta, jak Johnny’ego Casha i ABBY. Tak jak ścieżka dźwiękowa, tak linia narracyjna przechodzi od scen wzniosłych do rozładowujących napięcie momentów.

Nowy film McDonagha z ogromny wyczuciem przenosi widza w świat „za Ebbing”. Nie jest to film na niedzielne popołudnie, gdyż porusza zbyt emocjonalne tony w widzu, ale ma w sobie cały urok tego niedzielnego popołudnia.

Maciej Szymkowiak

http://quentin.pl/wp-content/uploads/2018/02/trzy-billboardy-620×330.jpg

Set your Twitter account name in your settings to use the TwitterBar Section.